czwartek, 2 maja 2013

JANSKIE ŁAŹNIE - MIMO WSZYSTKO L

JANSKE LAZNIE


       Czechy to, jak wszystkim wiadomo, kraj bezpośrednio sąsiadujący z Polską. Do tego mówi się tam językiem słowiańskim, który jesteśmy w stanie jako tako zrozumieć. A i ceny, raczej nie są wyższe niż w naszym kraju. Do tego trzeba dorzucić jeszcze całą masę różnorodnych atrakcji turystycznych i moje ulubione piwo Pilsner Urquell (Plzeňský Prazdroj).  No i taki drobiazg jak stosunkowo niewielka odległość i dogodny dojazd. Dlaczego więc tak niewiele razy odwiedziłem naszych południowych sąsiadów? Zupełnie tego nie rozumię i postanowiłem, choćby w niewielkim stopniu, odrobić zaległości w poznawaniu naszego południowego sąsiada.
       Tym razem pomysł celu wyjazdu wyszedł od mojej żonki. Była kiedyś z wycieczką grupową w Skalnym Mieście. Nie była specjalnie zadowolona z takiego stadnego wędrowania po górskich szlakach, ale samo miejsce bardzo jej przypadło do gustu. Chciała więc jeszcze raz je odwiedzić ale już tylko w dwuosobowej grupie. Skoro już wybraliśmy taki kierunek, nadarzyła się doskonała sposobność do odwiedzenia naszych przyjaciół, Małgosi i Darka, mieszkających w Kowarach. Odkąd, kilka lat temu przeprowadzili się tam ze Szczecina, nigdy jeszcze nie udało się nam ich odwiedzić. Spędziliśmy więc przesympatyczny wieczór i poranek następnego dnia w Kowarach. Ileż to różnych tematów się przewinęło w naszej rozmowie. Oczywiście, nie dało się uciec od wspomnień z dawnych czasów, co jeszcze bardziej ociepliło atmosferę. Przy okazji doradzili nam, skoro chcemy wymieniać złotówki na korony gdzieś na granicy, abyśmy zrobili to na przejściu w Lubawce a nie na Przełęczy Okraj. Podobno w kantorze na Okraju stosują zdecydowanie mniej korzystne przeliczniki. Skoro tak, to niewiele myśląc nadłożyliśmy ponad dwadzieścia kilometrów aby zaoszczędzić na wymianie. Kiedy już dojeżdżaliśmy do Lubawki, przyszło mi do głowy, że chyba jednak coś ze mną jest nie w porządku. Przecież nie miałem zamiaru wymieniać 100 000 złotych na korony, a zdecydowanie mniejszą kwotę. Bez sensu, przy wymianie niewielkiej ilości waluty, prawdopodobnie koszt zużytego dodatkowo paliwa był większy niż to co, być może (nie wiemy jaki faktycznie był w tym dniu kurs wymiany na Okraju), zyskaliśmy na wymianie. No ale zawsze, jakby co, możemy powiedzieć, jacy to jesteśmy zaradni, jakie z nas zuchy. Brawo!

SVOBODA NAD UPOU
        Jako bazę wypadową w Czechach, wybraliśmy sobie pensjonat Rudolfuv Dvur w miejscowości Svoboda nad Upou. Sama miejscowość niczym specjalnym się nie wyróżnia. 1998 mieszkańców, położona na wysokości 516 m n.p.m., przy spływie Upy i Janskiego potoka. Powstało jako osada poszukiwaczy złota w 16. stuleciu. Jednak wojna trzydziestoletnia przyniosła upadek kopaniu złota, i górnictwo całkowicie zakończyło swe istnienie pod koniec 18 stulecia. Bardzo ważną dla rozwoju miasta stała się budowa kolei żelaznej w 19 wieku oraz produkcja papieru i tekstylii. W okolicach wydłużonego rynku znajduje się kilka barokowych oraz klasycznych domów i ludowych cembrowanych budowli. Bardzo ciekawy jest również późno barokowy kościół Św. Jana Nepomuckiego z roku 1777. Obecnie jest to ośrodek wypoczynkowy.

RUDOLFUV DVUR
        Natomiast pensjonacik Rudolfuv Dvur, od pierwszego wejrzenia sprawił na nas bardzo dobre wrażenie. Położony tuż obok centrum, na bardzo ładnej i dużej działce. Pokoje przestronne, z własnymi łazienkami. W pokojach mała lodóweczka i telewizor z satelistką. Do tego wspólne pomieszczenie jadalniano-kuchenne, wyposażone we wszystko co potrzebne turyście.  Właściciele zadbali również o to aby gościom nie poprzewracało się w głowach. Zrobili to w najprostszy, ale jakże skuteczny sposób. Ogrzewanie w Rudolfuv Dvur włączane jest tylko raz dziennie, około godziny 20, na kilkadziesiąt minut. A że temperatura na zewnątrz, w ciągu dnia niewiele przekracza  10 stopni, do tego albo pada, albo zaraz będzie padać, w pokojach jest okropnie zimno i nieprzyjemnie z powodu wilgoci. I jeszcze jeden drobiazg. Mimo, że pokoje są przestronne i naprawdę ładne, zapomniano wyposażyć je w coś wygodnego do siedzenia. Oczywiście najlepiej, gdyby były to fotele, ale i wygodne krzesła też by mogły być. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Może, do tej pory zawsze było coś przyzwoitego do siedzenia? Uwielbiam wieczorne czytanie, ale nie lubię czytać na leżąco, i jest bieda. Nie ma też miejsca by sobie usiąść i popisać. Tak, wygodny fotel to bardzo ważny element wyposażenia pokoju.

To na prawdę nie jest w Polsce.
       Jesteśmy w nowym miejscu, więc jesteśmy głodni poznania tego co ono oferuje. Zaraz po zakwaterowaniu wyruszamy na pierwszą „wyprawę”. Ruszamy do Janskich Łaźni. Nie jest to wielki wyczyn, gdyż ze Svobody do Janskich Łaźni jest raptem 3 km. Docieramy tam zatem bardzo szybko, podziwiając po drodze stan nawierzchni przypominający ser szwajcarski, gdzie jest więcej dziur niż sera. Janskie Łaźnie to górskie miasto, ośrodek wypoczynkowy oraz jedyny bardziej znany ośrodek zdrojowy  po czeskiej stronie Karkonoszy. Źródła lecznicze zostały tu odkryte już w 14. stuleciu. Założycielem tych łaźni był w 17. stuleciu właściciel posiadłości Jan Adolf hrabia Schwarzenberg. Największy rozkwit tego kurortu przypadał na drugą połowę 19 wieku oraz na początek 20 stulecia. Obecnie znajduje się tu około 30 źródeł leczniczych oraz mnóstwo obiektów sanatoryjnych. Bardzo ciekawymi obiektami ze względów architektonicznych są na pewno secesyjny dom zdrojowy, z końca 19 stulecia oraz pseudogotycki kościół Św. Jana Chrzciciela z roku 1885. Nad gminą góruje Czarna Góra (1299 m n.p.m.), która oferuje świetne warunki miłośnikom sportów zimowych. Z centrum gminy aż na sam wierzch Czarnej góry prowadzi kolejka gondolowa.


       Jakoś nam nie przypadło do gustu to miasteczko. Owszem, jest kilka bardzo ładnych obiektów, ale dominują raczej te zaniedbane lub wręcz zrujnowane. Do tego zabudowa sprawia wrażenie bardzo chaotyczne, jakby nikomu nie zależało na ogólnym wyglądzie miasta. A już, bardzo nowoczesny a przy tym niezwykle przytłaczający hotel tuż przy wyciągu na Czarną Górę to jest prawdziwe nieporozumienie. Miejsce ma niezwykły potencjał, ale potrzebuje dobrego gospodarza i więcej troski ze strony samych mieszkańców. Już sobie wyobrażam jak by ono wyglądało, gdyby znajdowało się w którymś z krajów alpejskich.


       Nie samymi widokami człowiek żyje, czasami trzeba też coś wrzucić na ruszt. Wybieramy restaurację przy hotelu ARNIKA. Ula decyduje się na kachni stehynko podavane na cervenom zeli, cibulka, variace knedliku. (pieczona kaczka na czerwonej kapuście). Ja jestem bardziej konwencjonalny i wybieram Upicky rizek. Gdyby ktoś nie wiedział, co to jest, to już wyjaśniam, że jest to smazeny veprowvy rizek, houskove knedliky a zeli. Ale to przecież oczywiste. (schaboszczak z knedli kami i fantastyczną kapustą).  Do tego dorzuciliśmy deser louskacek (pyszne, bardzo włosko orzechowe ciasto na kruchym cieście), trochę wina, kawę i herbatę. Wszystko było naprawdę znakomite! Wyszliśmy z Arniki podwójnie ukontentowani, fizycznie i duchowo.


       Finałem tego dnia miała być podróż gondolką na Czarną Górę. Żadnego problemu, aby dotrzeć do kolejki ani aby się do niej dostać. Poza sezonem zimowym maszyneria uruchamiana jest co pół godziny na kilka chwil. Dotarliśmy tam stosunkowo późno, do tego pogoda też niespecjalnie zachęcająca do górskich wędrówek, więc nie widać było tłumu chętnych. A puste wagoniki gnały w górę i w dół. Strasznie się ucieszyły z pary szalonych polskich turystów, zmierzających na Czarną Górę schowaną w ołowianych chmurach. Jak przystało na nieustraszonych podróżników, nie tylko wjechaliśmy do góry, ale też pokręciliśmy się tam trochę, na tyle długo, by zdążyć na ostatnie uruchomienie kolejki. Przy tej pogodzie trudno mówić o podziwianiu pięknych panoram, ale i tak było bardzo przyjemnie. Jedyne co nam przeszkadzało, to ograniczenie czasowe. Już tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystko robimy w swoim tempie i tak jak nam pasuje, że nawet ściśle określone godziny kursowania kolejki gondolowej nam się nie podobały. No bo jak to? Ktoś śmie nas ograniczać? Nas? SPRZECIW!!!
       Wróciliśmy do naszego „Rudolfuv Dvur” bardzo zadowoleni z pierwszego dnia pobytu w Czechach. Przyjemność chodzenia po górach, obojętne czy niskich czy wysokich jest niezwykła. Do tego ta cisza, spokój. Jednak warto odwiedzić Janskie Laznie.

Po sezonie

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

PIERWSZE PŁYWANIE W SEZONIE




       Na przystani jeszcze nieco sennie. Ci, co zrzucili łódki w pierwszym terminie, teraz odpoczywają po sprinterskich przygotowaniach i czekają na przyjście prawdziwej, nie tej kalendarzowej, wiosny. Ci co nie zrzucili łódek w pierwszym terminie, wciąż coś dłubią. Jakoś tak to jest, że ile by się przy łódce nie robiło to ciągle jest coś jeszcze do zrobienia, szczególnie wtedy, gdy jacht jeszcze stoi na kobyłkach. A ludzie snują się w tę i we w tę. Przyroda nadrabia zaległości w szalonym tempie. Słońce świeci, drzewa osłaniają od wiatru, nic tylko sobie usiąść i napić się piwa. Nie po to jednak uwijaliśmy jak te mrówki przez ostatnie trzy tygodnie, by teraz stać przy klei. Pakujemy się i wypływamy.


       Wieje zimny, północny wiatr, 3-4 B. Jachtów na jeziorze jak na lekarstwo. Nawet te nieliczne, które wypłynęły, poruszają się jakoś nieśmiało, blisko brzegu , krygują się jak panienki co myślą TAK, a mówią NIE. Trochę ożywienia na Małym Dąbskim wnoszą re gacące się optymisty.  Dzisiaj raczej brać żeglarska preferuje żeglarstwo kejowe. Zdecydowanie cieplej i spokojniej. Płyniemy pod wiatr, całkiem rześki. Znakomita okazja do sprawdzenia jak do sezonu przygotowany jest nasz Rudzik. Wygląda nienajgorzej. Sztag nam się nie podoba. Jest za luźny, a beczki już mocniej skręcić się nie da. Marek jednak wymyślił patent na bezinwazyjne poprawienie tej słabości, tak aby nie trzeba było kłaść masztu i zakładać nowej stalówki. Stara, dobra szkoła żeglarska. Na wszystko znajdzie się jakiś patent. Choć patenty żeglarskie teraz, akurat są w defensywie. A właściwie prawie ich nie ma. I dobrze!


       Z roku na rok Jezioro Dąbskie coraz bardziej zarasta. Jeszcze trochę, a zamiast wielkiego jeziora, będziemy mieli karłowaty las zapaskudzony przez kormorany. Szczególnie szybko zarastają kanały, tak chętnie uczęszczane przez żeglarzy. Wczesna wiosna, to czas, kiedy jeszcze roślinność wodna i lądowa dopiero zaczyna się rozwijać. Już czai się tuż pod powierzchnią wody jak wielki aligator by złapać i uwięzić kolejny jacht, ale na razie i jemu jest jeszcze za zimno. Można pooglądać to czego latem nie widać, można bez większego problemu odnaleźć i przepłynąć oba wejścia  na Świętą, czy spokojnie przepłynąć się kanałem Krętego Węża.    

       Naszą tradycją, już od dobrych paru lat, jest pływanie „na Kwadrat”, dawną bazę U-Botów, i świętowanie tam różnych specjalnych okoliczności. Tym razem, to 88 urodziny Ryśka. Jedna z najpiękniejszych okazji do świętowanie jakie tylko można by sobie wymyślić. Ale, mocno trzeba uważać, jak się składa szanownemu jubilatowi życzenia. Bo życzenia „100 lat!”, w tym wypadku nie brzmią najlepiej.



       Na Kwadracie całkowita pustka. Mogliśmy dowolnie wybierać miejsce cumowania. Nadmiar możliwości nie jest najlepszy, zaczyna się kombinowanie: a może tu, nie. Może tu? W końcu stanęliśmy na tym miejscu, na którym zwykle stawaliśmy do tej pory. Po dawnej bazie Krigsmarine co prawda, prawienie nie ma śladu, ale jednak złomiarzom jeszcze coś udało się tej zimy odkopać, o czym świadczą ślady prac ziemnych. Myślę, że powinni oni otrzymywać jakieś specjalne dofinansowanie od ekologów. Któż od nich wykonuje więcej praktycznej roboty w dziedzinie recyklingu? Politycy, różnej maści działacze tylko gadają, a ci dżentelmeni, działają!
       Trzeba wracać. Wiatr prawie zdechł, zielska jeszcze nie ma, wracamy więc kanałem Krętego Węża.

sobota, 20 kwietnia 2013

WODOWANIE 2013



       Zima tego roku była wyjątkowo długa. Zdecydowana większość ludzi miała jej serdecznie dosyć, a żeglarze szczególnie mocno wyczekiwali jej końca. Odpuściła raptem kilka dni temu, dopiero w kwietniu, a pierwszy termin wodowania w naszym klubie wyznaczony został na sobotę 20.04.2013. Zatem, dziesięć dni czasu na przygotowanie jachtów do wodowania. Nic więc dziwnego, że ruch na przystani, w ostatnich dniach, był jak Realu przed świętami.



       Na przystań przyjechałem piętnaście po dziewiątej. Całkiem spory klubowy parking  był już prawie pełny. Piękne słonko, ale zimno. Samochody lśnią w słońcu. Prawdziwa rewia. Tak, samochody i jachty, to zabawki dorosłych facetów. Jest parę ciekawych pojazdów, w końcu wśród braci żeglarskiej jest sporo medyków. Ale dzisiaj to nie samochody występują w roli głównej.



       Żeglarskie bractwo w pełnej gotowości. Wszyscy w „wytwornych” uniformach, gotowi do pracy.



       Jachty również przygotowane. Jeszcze tu i ówdzie ostatnie szlify. Ale cumy już przygotowane, aby można było prowadzić łódki w powietrzu. Ale żeglarstwo to sztuka czekania. Czekamy na dźwigi, czekamy na swoją kolej. Z roku na rok przybywa jachtów i wodowanie coraz bardziej się wydłuża.



       Przyjechały dwa wielkie dźwigi, które zostały ustawione w dwóch końcach mariny. W końcu są gotowe do pracy i wreszcie startujemy.



       Większość z nas, ma mocno leciwe jednostki. Ale ilość serca jaką wszyscy wkładają w przygotowanie swoich okrętów do pływania jest niesamowita. Każdy detal jest dopieszczany, nawet te, na co dzień niewidoczne. Wszystko się błyszczy i lśni.



       Kiedy jachty są jeszcze na lądzie, ale już przygotowane do wodowania, jest rzadka okazja przyjrzenia się różnym rozwiązaniom konstrukcyjnym, czy oryginalnym „patentom”. Często podziwiamy manewry portowe w wykonaniu jachtów wyposażonych w stery strumieniowe. A z bliska? Wygląda to całkiem niepozornie.



       Mamy w klubie kilka jachtów posiadających ciekawą historię, będących symbolami polskiego żeglarstwa: Nadir, Mazurek, Gaudeamus. Na pewno należy też do nich stalowy smok s/y „Stary”, 13,5 m długości. Na szczęście po dźwigu nie było widać, by jakoś specjalnie się z nim męczył. Powoli, bardzo spokojnie, zostaje przeniesiony i postawiony na wodzie.



       To z jednej strony to z drugiej, kolejne jachty podrywają się do góry. Konkurują w powietrzu z ptakami i samolotami. Swoją drogą ruch w powietrzu, podobnie jak drogach, niesamowicie się zintensyfikował. Samoloty latają co chwilę to w jedną stronę, to w drugą.  



       Może nie wszyscy, ale z całą pewnością większość żeglarzy to ludzie chętnie wzajemnie sobie pomagający. Również przy wodowaniu ta cecha jest bardzo potrzebna. A poza tym, po prostu jest miło komuś pomóc. I w końcu jacht zostaje posadzony na wodzie. Ależ to przyjemne uczucie. Tak, naprawdę rozpoczyna się sezon. Wreszcie można poczuć pod nogami bujający się pokład.



       Trzeba trochę ogarnąć miejsce gdzie stały kobyłki i czas na zasłużony odpoczynek. Co prawda, jacht jeszcze nie jest gotowy do pływania, ale już stoi na swoim miejscu przy kei. Resztę dokończymy jutro.

środa, 10 kwietnia 2013

WIELKANOC NAD GŁĘBOKIM



       W tym roku jakoś wiosna się nie śpieszy. I cały czas tu i tam możemy podziwiać zalegający śnieg. Do tego słonecznych chwil jak na lekarstwo. Cały czas beznadziejnie szaro. A tu już ciężko wytrzymać w domu. Chciało by się nacieszyć naturą, pospacerować po lesie, nacieszyć świeżą wiosenną zielenią, wystawić twarz do słońca. Ach jak zazdroszczę Włochom, którzy nawet w zimie mają tyle pięknych słonecznych dni. Nie ma co jednak biadolić. Trzeba się zebrać i po prostu gdzieś się wybrać. Odpowiednim dniem wydała nam się przedświąteczna sobota. Przedostatni dzień marca. Pogoda powinna się już poprawiać. Nie powinno być zbyt wielu ludzi, bo wszyscy zajęci ostatnimi przygotowaniami do świąt.
       A śnieżek sobie pada i pada. Rezygnujemy z wypadu do Puszczy Bukowej i jedziemy na Głębokie, a dokładniej nad Jezioro Głębokie. Też cudne miejsce, jedne z przyjemniejszych w Szczecinie. Piękne jezioro, otoczone lasem. Latem tłumy ludzi spragnionych odpoczynku nad wodą podążają tutaj niczym do jakiegoś sanktuarium. I ta oficjalna plaża i te nieoficjalne przyciągają jak wyprzedaż w Media Markt.

       A my, pakujemy kiełbaski, wraz z różnymi dodatkami. Zabieram swój magiczny plecak ze sprzętem foto, licząc po cichu na to, że może jednak coś ciekawego znajdę. Marek taszczy kilka kawałków suchego drewna, żeby było jak rozniecić ogień. Niestety nie widać szans na poprawę, na szczęście humory dopisują.

       Mieliśmy nadzieję, że wokół jeziora będą pustki, a tu, nic z tego. Pełno ludzi, albo biegają, albo chodzą z kijkami, spacerują, wyprowadzają psy a nawet spotkaliśmy śmiałków jeżdżących po śniegu rowerami. Chyba coś się w naszym kraju zmieniło! Coraz więcej rodaków nie ma ochoty katować się przygotowaniami do świąt. Pewnie wciąż to zdecydowana mniejszość, ale jednak jest ich całkiem sporo.
       No cóż, pogoda nie jest najpiękniejsza, o jakiejś intymności, o samotnym kontemplowaniu przyrody raczej też nie ma co marzyć. Ale, nie poddajemy się. Ze zdjęciami też jakoś nie specjalnie. Ani flora ani fauna. No co do fauny, to były kaczki i łabędzie, co prawda jakieś niemrawe, ale były. W końcu jest! Zajączek. Ze śniegu, zamiast bałwana.
       Wreszcie docieramy do polany z przygotowanym miejscem na ognisko. Zbieramy kilka połamanych przez wiatr gałęzi, których o tej porze roku nie brakuje. Takich szaleńców spragnionych grillowania w śniegu zbyt wielu nie było. Dzięki przyniesionym zapasom suchego drewna i rozpałce w postaci odmrażacza do szyb, bez trudu udaje się rozniecić ogień.

       Co za frajda, piec kiełbaski przy ognisku nad jeziorem, przy padającym śniegu. A same kiełbaski, zakupione w firmowym sklepie Witkowa, wyśmienite! Jak tu się zdrowo odżywiać, kiedy to niezdrowe takie smaczne?



niedziela, 31 marca 2013

SECEDA - HELIKOPTER NA TRASIE


 

       Co jest jednym z największych atutów Val Gardena dla narciarzy? Niezwykłe możliwości wyboru tras. Ich ilość i różnorodność. Jeśli jest się tutaj tylko tydzień, jest niemożliwym aby coś się znudziło. Tym razem obieramy kurs na Secedę. Ale, ale, nie tak prosto. Nie pojedziemy gondolką do Furnes i później wagonikiem á la „Tylko dla orłów” na Secedę. Tę drogę już znamy, a prawie obok jest inna, której jeszcze nie mieliśmy okazji sprawdzić.

       Początek drogi jest ten sam, a więc najdłuższy system ruchomych schodów i chodników jaki znam, Tunel la Curta. Docieramy do dolnej stacji wyciągu Furnes, który raźno mijamy i idziemy dalej. Wedle wszelkich znaków na drodze i mapie, początek naziemnej kolejko na Resciezę powinien być niedaleko. Ale czy to z powodu typowo włoskiej niefrasobliwości, czy też z powodu butów narciarskich, które miałem już na nogach i dwóch par nart na ramionach, odniosłem wrażenie, że to wcale nie było tak blisko. W rezultacie, jeszcze nie przypiąłem nart a już byłem cały spocony.

      Kolejka Rescieza wjeżdża na wysokość 2103 m n.p.m.. Gdy wjechaliśmy na górę, zaraz po wyjściu stanąłem przy barierce ochronnej i chciałem zrobić zdjęcie w dół, aby uwiecznić, jak długą i stromą trasę pokonują wagoniki. W tym momencie usłyszałem, dochodzący z wagonika, jakiś wzburzony głos. Odwróciłem głowę w tamtym kierunku i ujrzałem starszego, postawnego mężczyznę. Nie bardzo zrozumiałem co on mówi, ale z wyrazu jego twarzy oraz brzmienia głosu domyśliłem się, że nie powinienem stać w miejscu, w którym stałem. Grzecznie więc zwinąłem sprzęt fotograficzny i zacząłem się wycofywać.  Ale ten dżentelmen w wagoniku dalej coś tam wołał, również inne osoby, które z nim przebywały też coś nawoływały. Zatrzymałem się więc, aby zorientować się o co im w końcu chodzi. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że drzwi od segmentu wagonika, w którym przebywali ci ludzie są zamknięte i oni po prostu nie mogą wysiąść! O tempota, o mores! W tym samym momencie w całej sytuacji zorientował się pracownik obsługi i uwolnił biedaków.

       Kolejka została zbudowana głównie z myślą o saneczkarzach. Jest tam trasa dla saneczkarzy. Skoro jednak jest kolejka, to ktoś wpadł na pomysł aby wytyczyć trasę narciarska, która by się tam zaczynała. Z ukształtowania terenu wypadło, że może ona prowadzić do Furnes. Jedzie się miło, ale bez rewelacji. Taka, trochę szersza, leśna droga a na koniec pod górkę. Docieramy do „Tylko dla orłów” bez specjalnego entuzjazmu dla pokonanej drogi. Warto było eksperymentować? NIE! Nie polecam. Choć z drugiej strony, gdybym nie sprawdził, to nie miałbym własnego zdania na ten temat. No dobra, może i warto, ale raz, i wystarczy.

       Do południa, przed przesiadką na górnej stacji Furnes, zwykle trzeba chwilę poczekać. Choć obsługa stara się jak może dopychając kolanami ludzi w wagoniku, to jednak około 10-15 minut trzeba odczekać. W trakcie oczekiwania najpierw przyciąga uwagę sama kolejka, ostro wspinająca się do góry. Prawdziwe cudo, bez żadnego dodatkowego, pośredniego wspornika wjeżdża na wysokość 2500 m n.p.m.. Robi wrażenie. Po jakiejś chwili zaczynam jednak rozglądać się po ludziach czekających w kolejce. Barwne, wesołe, wielojęzyczne towarzystwo. Sporo naszych rodaków, ale też i przedstawicieli innych słowiańskich nacji. Wśród fantazyjnie ubranych miłośników nart i desek zwrócił moją uwagę dżentelmen w kapelusiku, w stylu tyrolskim. Gdyby nie buty i spodnie narciarskie, trudno byłoby poznać, że on także przyjechał tu jeździć na nartach. Kapelusik, elegancka czarna kurtka, zupełnie jakby właśnie w centrum Wiednia, wyskoczył ze swego biura, centrali wielkiego banku na launch. Pan jednak wyróżniał się nie tylko  strojem, ale także swoją fizjonomią. Pamiętacie serial „Gliniarz i prokurator”? Był tam taki policjant Jake Styles (Joe Penny) i prokurator Mc Cabe (William Conrad) o bardzo specyficznym poczuciu humoru i charakterystycznym wyglądzie. Dodatkowo Mc Cabe miał buldoga. Zarówno pan jak i jego czworonóg byli do siebie nieco podobni. Patrząc na dżentelmena w kapelusiku zastanawiałem się jedynie, czy bardziej przypomina mi z twarzy Mc Cabe’a czy jego psa.

      Trasą tuż obok kolejki przemknęła dama z rozwianym włosem. Z roku na rok jest coraz mniej ludzi jeżdżących bez kasków. Jeszcze mniej jest takich, którzy nie mają żadnego nakrycia głowy. Tym bardziej więc, rzucają się w oczy tacy osobnicy. Intryguje mnie jacy to są ludzie.  W przypadku pań można by pomyśleć, że to troska o fryzurę sprawia, że niechętnie zakładają kaski. Ale nawet jeśli tak jest, to raczej nie jest to jedyny powód. Miałem kiedyś okazję znaleźć się w kolejce do wyciągu obok trzech dam w wieku ok. 60, żadna z nich nie miała pełnego nakrycia głowy. Przyglądałem się i przysłuchiwałem i wreszcie zrozumiałem o co chodzi. To jest ich demonstracja niezależności, mocnego charakteru i zdecydowania. Tak to są twarde, władcze kobiety. Nikt im nie podskoczy. Podobnie, zresztą jest z facetami, u których dodatkowo dochodzi demonstrowanie nonszalancji. Teraz już wiem, jeźdźcy bez nakrycia głowy, ewentualnie tylko z wąską opaską, to władcy świata, demonstrujący, że są ponad takimi banalnymi ograniczeniami, muszą przy tym wyróżnić się z tłumu.

       Zostajemy w końcu wtłoczeni do wagonika jak Japończycy w tokijskim metrze w godzinach szczytu. Nie ma potrzemy czegokolwiek się trzymać, bo i tak nie ma szans na jakąkolwiek zmianę pozycji.

       Widoki z Secedy są kapitalne. Jesteśmy na wysokości 2500 m n.p.m. i we wszystkich kierunkach rozciągają się przed nami kolejne łańcuchy górskie. Jeden za drugim, i kolejny, i tak bez końca. A trasy z Secedy i Col Raiser są wyborne. Najczęściej wymienia się La Longię, która prowadzi z powrotem do St. Urlich, bo jest najdłuższa, 10,5 km radosnego zjazdu. Dla mnie najładniejsza, szczególnie w pierwszej połowie wręcz fenomenalna, jest ta z Secedy do St. Cristiny. Poziom trudności wyraźnie wyższy niż na trasach Seiser Alm, ale wszystko do ogarnięcia. A radość z jazdy nie do opisania. Na dole można jeszcze wskoczyć do podziemnej kolejki Val Gardena Ronda Express, łączącej trasy na Secedzie z Sella Rondą. Tą ostatnią tym razem jedynie powąchałem, zjadłem pyszną zapiekankę i wróciłem na Secedę.

       Strasznie rzadko wyjeżdżamy na narty. Jak już więc jestem na nartach, to staram się najeździć tak, by ta jazda wychodziła mi dziurkami nosa. Któregoś dnia moi kompani już wracali do naszego lokum, a jeszcze cieszyłem się jazdą na nartach. Nogi domagały się już coraz częstszych przerw, ale co tam. Jeszcze trochę, i jeszcze. Byłem już niemal na ostatnim odcinku przed St. Cristina, banalnym, średnio szerokim, z niewielkim nachyleniem. W zasadzie to taka dojazdówka do stacji kolejki. Wyjechałem zza kolejnego zakrętu i zobaczyłem … helikopter ratowniczy stojący na skraju trasy. Kilkanaście metrów przed nim jakiś człowiek wymachujący rękoma, aby ostrzec nadjeżdżających narciarzy. Po drugiej stronie trasy dwie ekipy ratowników uwijających się przy dwóch leżących nieruchomo osobach. Zatrzymałem się na poboczu kilkadziesiąt metrów przed miejscem wypadu, zdumiony całą sytuacją. W tym miejscu taki wypadek? Co się stało? Nieuwaga, zmęczenie? Ratownicy tym czasem unieruchamiali poszkodowanych w noszach. Powoli zacząłem zjeżdżać, mocno przygaszony tym co zobaczyłem. Kiedy jechałem gondolką do góry, na miejscu wypadku nikogo już nie było. Narty wymagają jednak ciągłej koncentracji, a tym większej im bardziej jest się zmęczonym. Przecież nawet narciarz amator w czasie zjazdu rozwija znaczne prędkości.
       Po dwóch-trzech dniach jazdy zakwasy dają znać o sobie z całą mocą. Wybieramy się więc wieczorem na basen Mar Dolomit. Korzystamy ze specjalnej oferty wieczornej obowiązującej od 19.30 i płacimy połowę normalnej ceny. Mar Dolomit to taki mały kompleks wodny. Jest basen do pływania, jest „rwący strumień” z bardzo ciepłą wodą na zewnątrz, są niewielkie zjeżdżalnie, jakuzzi, baseniki dla dzieci i ogólnodostępna sauna przy basenie (jest też cały zespół saun, ale osobno płatny). Rewelacja, takie pławienie się po nartach i ta sauna, odradzamy się.

wtorek, 26 marca 2013

ST. URLICH W SŁOŃCU


 

       Cóż za miła niespodzianka! Po tygodniach szaroburej pogody w Polsce, po dwóch dniach ciągłych opadów śniegu, drugi dzień w St. Urlich wita nas pięknym słońcem. Co my jeszcze robimy w łóżkach? Ludzie! Wskakiwać w uniformy i jazda na stoki.

       Wracamy na Seiser Alm. Po wjechaniu gondolą do góry odsłania się skrzętnie dotąd skrywany przez góry widok na Seiser Alm i dalszą okolicę. Widoczność jest wyśmienita, więc trudno nie zatrzymać się na chwilę by podziwiać wspaniałe górskie krajobrazy. Jak na dłoni możemy oglądać ciągnące się bez końca kolejne wzniesienia, kolejne wyciągi i kolejne trasy. A najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że za chwilę ruszymy w te bezkresne przestrzenie i będziemy się cieszyć ich przemierzaniem.

       Ruszamy. Najpierw krótki niebieski łącznik i wyjeżdżamy na trasę wiodącą do wyciągu Mezdi. Na tym wyciągu trzeba uważać na kijki, bo łatwo je stracić na stacji pośredniej. Co prawda jest tam tablica ostrzegająca o takiej możliwości, ale niewiele osób ją czyta. W ubiegłym roku również nasz kolega postradał tam swoje kijki. Na szczęcie obsługa wyciągu jest bardzo zaradna i gdy taki gapowaty delikwent dojeżdża na górę, już czeka na niego pan z kijkami, które można kupić po przystępnej cenie.

       Jeżeli chcemy ruszyć w siną dal, musimy pokonać kolejny łącznik. Początek tego łącznika to również początek trasy wzdłuż wyciągu Mezdi oraz trasy do wyciągu Sonne, którym wraca się do St. Urlich. Rano ten wspólny odcinek wygląda jeszcze całkiem dobrze, ale po południu, kiedy powroty trwają w najlepsze, pojawia się niewiadomo skąd, wielki, zwalisty Holender Wmorde Mulde, i skutecznie uprzykrza narciarzom życie. Póki co jednak jedziemy łącznikiem, niezbyt szerokim, ale całkiem przyjemnym. Trochę narzekają deskarze. Jak który dobrze się nie rozpędził na stromym, to czeka go zdejmowanie deski i krótki spacer ze sprzętem pod pachą. Trasą 48 docieramy do wyciągu Sanon, który zawozi nas na Monte Piz. Przeskakujemy na drugą stronę góry i znajdujemy się na łatwej, ale bardzo przyjemnej trasie nr 55. I tak bujamy się, kolejny wyciąg i kolejny zjazd. Coraz dalej i dalej i dalej … Tutaj naprawdę można nacieszyć się jazdą na nartach. Przed wyciągiem Florian pojawia się nawet ruchomy chodniczek, aby biedni narciarze nie musieli podchodzić kawałek pod górę. A skoro jesteśmy już przy Florianie, to przecież narciarze nie samą jazdą żyją. Tak jak samochody muszą tankować paliwo, tak narciarze muszą uzupełniać talent. I właśnie na górze o takiej samej nazwie jak wyciąg, patrząc z St. Urlich to na samym końcu Seiser Alm na wysokości 2100 m n.p.m., jest Rifugio Williamshütte, w porze obiadu zatłoczona do granic możliwości. Jednak nie ma co się dziwić, panorama gór z tego miejsca jest zachwycająca. Co do samej chaty, to jedzenie jest bardzo przyzwoite, bez względu na ilość chętnych, zawsze bardzo się starają. Będąc tam trzeba zwrócić uwagę na informację o sposobie obsługi w części restauracyjnej. Jak jest faktycznie prawdziwy młyn, a dzieje się tak w porze obiadowej gdy jest piękna pogoda i są dobre warunki śniegowe, to część restauracyjna dołącza do reszty lokalu i staje się barem z samoobsługą. I naprawdę inaczej nie można. Mimo wszystko warto tam zajrzeć, tym bardziej, że różnych rodzajów talentu też nie brakuje.

       Pokrzepieni na duchu i ciele, uzupełniwszy zasoby talentu, ruszamy dalej. Chciałem trafić na trasę nr 34, na której jeszcze nigdy nie byłem, ale tak kombinowałem i kombinowałem, że wylądowaliśmy na trzydziestce. Co prawda obie prowadzą w to samo miejsce ale zupełnie inaczej. I żebym ja, stary traper tak źle poprowadził? No wstyd, po prostu wstyd. Choć z drugiej strony, szukając pozytywów tego co się stało, można powiedzieć, że będzie pretekst aby tam wrócić!
       Póki co, szusujemy przed siebie. Jest jeszcze jedno miejsce, do którego chciałbym abyśmy dzisiaj dotarli. Już tam bywałem. Na samo wspomnienie gęba się śmieje. To taki ekstra deser: Goldknopf (2220 m n.p.m.). Dla czego Knopf? Knopf to przecież główka, guzik lub przycisk, a nieco żartobliwie mały człowiek. Szczególnie to ostatnie znaczenie wydaje się w tym przypadku wyjątkowo „trafne”. Docieramy tam wyciągiem, który o dziwo nazywa się … Goldknopf. Schodzimy z kanapy i podziwiamy. Nie wiadomo co bardziej. Widoki, czy trasy stąd wychodzące. Jak dla mnie super, jedne z najpiękniejszych tras po jakich do tej pory jeździłem. Mógłbym tu się zapętlić, i zjeżdżać, i zjeżdżać, i zjeżdżać … Robi się jednak dosyć późno. Musimy więc wybrać wariant zbliżający nas do St. Urlich. Głupio byłoby tak zostać na końcu świata po zamknięciu wyciągów. Zjeżdżamy więc dziewiętnastką, która przechodzi w osiemnastkę, a ta w siedemnastkę. Co za jazda. Cudo! Włosi nie podają na planach długości tras, ale tu rzeczywiście można było się nacieszyć szusowaniem i zapomnieć o całej reszcie świata.

niedziela, 24 marca 2013

MOJA WYCZEKANA VAL GARDENA.



       Śnieżna apokalipsa na autostradzie w południowych Niemczech. Gęsto padający śnieg, droga zakorkowana. Nie ma szans aby w jakikolwiek sposób przebiły się pługi śnieżne. Wszystko stoi. W pewny momencie słychać syreny sanitarki. Słychać i owszem ale nie widać, nie ma szans aby przejechała, bo nawet pas awaryjny jest zablokowany. Pojawia się nad nami helikopter. W radiu kolejne wiadomości: Stau, Stau, Stau…. I wypadek, niestety z ofiarami śmiertelnymi, to tam właśnie smierzali ratownicy. W końcu jednak ruszamy. Bardzo wolno, ostrożnie. Droga cały czas biała. Rozpoczyna się długi, dosyć stromy podjazd. Samochody „tańczą” po całej szerokości czteropasmowej autostrady. Mijamy ciężarówkę stojącą na lewym skraju dogi. Już nikt nie trzyma się swojego pasa. Kolejna unieruchomiona ciężarówka, tym razem po prawej, na pasie awaryjnym. Na szczęście nasz Touran, chociaż nie bez trudu, wspina się na szczyt wzniesienia. Pokonujemy kolejne kilometry, a śnieg wciąż pada. Z tego powodu, na wszystkich austriackich autostradach ograniczenie do 100 km/h. Dojeżdżamy do przełęczy Brenner licząc na to, że może chociaż za nią będzie lepiej i ostatnie kilometry będą lżejsze. Nic z tego. Śnieg towarzyszy nam do samego końca. Ośnieżone St. Urlich wieczorem wygląda baśniowo. Wyjeżdżamy na Rezzia str prowadzącej w kierunku St. Cristina, przy której znajduje się cel naszej podróży, dom państwa Riffeser.  Ale przed nami jeszcze, niezbyt długi ale za to stromy podjazd do tegoż domu. Ku wielkiemu zaskoczeniu nasze pudełko na kołach dało radę i wreszcie mogłem odetchnąć zostawiając samochód na cały tydzień! Dzielne autko. Rozpoczynamy nasz wymarzony i długo wyczekiwany tydzień narciarski w Val Gardena.

       Otworzywszy oczy w niedzielę rano stwierdziliśmy, że śnieg niestety dalej pada. No cóż, nie wszyscy są tak pokręceni jak ja i nie specjalnie lubią jazdę przy padającym śniegu. Patrząc na trasy mogłem dojść do wniosku, że raczej wręcz przeciwnie, tacy osobnicy są w mniejszości. Nie ma co jednak grymasić, przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Wskakujemy w narciarskie ciuchy i skibusem jedziemy do centrum miasteczka. Jeszcze kawałek na piechotę, stawiając kroki niczym jakiś robokop i ładujemy się do kolejki St. Urlich - Seiser Alm (Ortisei - Alpe di Siusi). Gondolki wywożą nas na wysokość ok. 2000 m n.p.m.. Nareszcie możemy przypiąć naryty i deski, co kto ma, i ruszamy. Mimo wciąż padającego śniegu trasy na Seiser Alm (Alpe di Siusi) przygotowane znakomicie.

       Śnieg sypie cały czas, nie rozpędzamy się więc zanadto. Ostrożnie, spokojnie, a poza tym mamy chytry plan, aby pierwszą restauracją w górach była Baita Sanon Hütte. Pamiętamy ją z ubiegłego roku. Fajne, typowo górskie wnętrze, dobra kuchnia i kapitalny węgierski kelner. I nie zawiedliśmy się. Wszystko było na swoim miejscu, łącznie z Węgrem. Pewnie chłopina nas nie poznał, ale jak tylko powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, zapytał mnie: co chcesz? I co ważniejsze, na tym jego zasób polskiego słownictwa się nie kończył. Pojedliśmy więc, zaspokoiliśmy pragnienie i mogliśmy wrócić na trasy. Zawsze po takim małym co nieco, strasznie trudno się ruszyć. Człowiek robi się jakiś ociężały, ruchy mocno spowolnione. Najchętniej położyłbym się w jakimś wygodnym hamaku i pobujał w rytm np. piosenek Nicka Cave’a z jego ostatniej płyty „Push the Skay Away”. Taka „Mermaids” byłaby idealna. Ale zamiast bujania w obłokach, trzeba dopiąć klamry w buciorach narciarskich i ruszać przed siebie. Wystarczy tylko ruszyć, organizm natychmiast przestawia się na tryb pełnej czujności i aktywności. Jesteśmy już w innym świcie. W świecie białego szaleństwa. Ten wyjątkowo wyświechtany zwrot doskonale oddaje uczucia związane z jazdą na nartach.

       Pierwszy dzień na nartach dobiegł końca. Do domu wróciliśmy cali i zdrowi, w doskonałych humorach. Przyszedł wreszcie ten najprzyjemniejszy moment dnia, zdjęcie butów narciarskich. Jaka ulga. Należało jeszcze jakoś uczcić to piękne rozpoczęcie. Poszliśmy więc wieczorem do miasteczka i wstąpiliśmy do pizzerii Vedl Mulin przy ryneczku. Tłok jak licho. Żadnego wolnego miejsca, tym bardziej sześciu. Żadnych szans, rozglądamy się niepewnie po lokalu. Podszedł jednak kelner i zapytał na ile osób potrzebujemy stolik. Co za leń! Nie chciało mu się liczyć do sześciu. Niech mu będzie. Poprosił abyśmy poczekali, bo niebawem zwolni się jakiś odpowiedni stół. Chwila się nieco przedłużała. Zdążyliśmy dokładnie przyjrzeć się wnętrzu z wieloma ozdóbkami. W centralnym miejscu stał wypolerowany do granic możliwości Harley Davidson właściciela lokalu. Przy wejściu zaś, tuż obok nas, stały stojaki z półmiskami. W jednym było pieczywo, coś w rodzaju podpłomyków, w drugim boczek pocięty w cieniuteńkie plasterki. Odczuwaliśmy coraz większy głód, ale jakoś nikt nie sięgał po specjały z „wystawy”. Przychodzili kolejni potencjalni goście. Większość widząc co się dzieje rezygnowała i wychodziła. Znaleźli się jednak również kolejni twardziele, tacy jak my, którzy postanowili poczekać. Jakieś niemieckojęzyczne towarzystwo. Czuli się bardzo swobodnie, głośno rozmawiali i … prawie natychmiast sięgnęli po boczuś z „wystawy”. No i się zaczęło. Niby od niechcenia, po malutkim kawałeczku, bardzo powoli, zaczęliśmy sięgać po regionalne przysmaki i my. Ani się obejrzeliśmy, a półmiski były prawie puste.

       Po długim oczekiwaniu, wyjedzeniu boczku i podpłomyków, doczekaliśmy się zaproszenia do stołu. Cóż mogę powiedzieć? Warto było czekać! Pizze były pyszne (a może to długie czekanie zadziałało?) i duże, wino domowe bez zarzut, a kawa wyśmienita. Tak właśnie wyobrażałem sobie zakończenie pierwszego dnia w Val Gardenie.     

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...