środa, 10 kwietnia 2013

WIELKANOC NAD GŁĘBOKIM



       W tym roku jakoś wiosna się nie śpieszy. I cały czas tu i tam możemy podziwiać zalegający śnieg. Do tego słonecznych chwil jak na lekarstwo. Cały czas beznadziejnie szaro. A tu już ciężko wytrzymać w domu. Chciało by się nacieszyć naturą, pospacerować po lesie, nacieszyć świeżą wiosenną zielenią, wystawić twarz do słońca. Ach jak zazdroszczę Włochom, którzy nawet w zimie mają tyle pięknych słonecznych dni. Nie ma co jednak biadolić. Trzeba się zebrać i po prostu gdzieś się wybrać. Odpowiednim dniem wydała nam się przedświąteczna sobota. Przedostatni dzień marca. Pogoda powinna się już poprawiać. Nie powinno być zbyt wielu ludzi, bo wszyscy zajęci ostatnimi przygotowaniami do świąt.
       A śnieżek sobie pada i pada. Rezygnujemy z wypadu do Puszczy Bukowej i jedziemy na Głębokie, a dokładniej nad Jezioro Głębokie. Też cudne miejsce, jedne z przyjemniejszych w Szczecinie. Piękne jezioro, otoczone lasem. Latem tłumy ludzi spragnionych odpoczynku nad wodą podążają tutaj niczym do jakiegoś sanktuarium. I ta oficjalna plaża i te nieoficjalne przyciągają jak wyprzedaż w Media Markt.

       A my, pakujemy kiełbaski, wraz z różnymi dodatkami. Zabieram swój magiczny plecak ze sprzętem foto, licząc po cichu na to, że może jednak coś ciekawego znajdę. Marek taszczy kilka kawałków suchego drewna, żeby było jak rozniecić ogień. Niestety nie widać szans na poprawę, na szczęście humory dopisują.

       Mieliśmy nadzieję, że wokół jeziora będą pustki, a tu, nic z tego. Pełno ludzi, albo biegają, albo chodzą z kijkami, spacerują, wyprowadzają psy a nawet spotkaliśmy śmiałków jeżdżących po śniegu rowerami. Chyba coś się w naszym kraju zmieniło! Coraz więcej rodaków nie ma ochoty katować się przygotowaniami do świąt. Pewnie wciąż to zdecydowana mniejszość, ale jednak jest ich całkiem sporo.
       No cóż, pogoda nie jest najpiękniejsza, o jakiejś intymności, o samotnym kontemplowaniu przyrody raczej też nie ma co marzyć. Ale, nie poddajemy się. Ze zdjęciami też jakoś nie specjalnie. Ani flora ani fauna. No co do fauny, to były kaczki i łabędzie, co prawda jakieś niemrawe, ale były. W końcu jest! Zajączek. Ze śniegu, zamiast bałwana.
       Wreszcie docieramy do polany z przygotowanym miejscem na ognisko. Zbieramy kilka połamanych przez wiatr gałęzi, których o tej porze roku nie brakuje. Takich szaleńców spragnionych grillowania w śniegu zbyt wielu nie było. Dzięki przyniesionym zapasom suchego drewna i rozpałce w postaci odmrażacza do szyb, bez trudu udaje się rozniecić ogień.

       Co za frajda, piec kiełbaski przy ognisku nad jeziorem, przy padającym śniegu. A same kiełbaski, zakupione w firmowym sklepie Witkowa, wyśmienite! Jak tu się zdrowo odżywiać, kiedy to niezdrowe takie smaczne?



niedziela, 31 marca 2013

SECEDA - HELIKOPTER NA TRASIE


 

       Co jest jednym z największych atutów Val Gardena dla narciarzy? Niezwykłe możliwości wyboru tras. Ich ilość i różnorodność. Jeśli jest się tutaj tylko tydzień, jest niemożliwym aby coś się znudziło. Tym razem obieramy kurs na Secedę. Ale, ale, nie tak prosto. Nie pojedziemy gondolką do Furnes i później wagonikiem á la „Tylko dla orłów” na Secedę. Tę drogę już znamy, a prawie obok jest inna, której jeszcze nie mieliśmy okazji sprawdzić.

       Początek drogi jest ten sam, a więc najdłuższy system ruchomych schodów i chodników jaki znam, Tunel la Curta. Docieramy do dolnej stacji wyciągu Furnes, który raźno mijamy i idziemy dalej. Wedle wszelkich znaków na drodze i mapie, początek naziemnej kolejko na Resciezę powinien być niedaleko. Ale czy to z powodu typowo włoskiej niefrasobliwości, czy też z powodu butów narciarskich, które miałem już na nogach i dwóch par nart na ramionach, odniosłem wrażenie, że to wcale nie było tak blisko. W rezultacie, jeszcze nie przypiąłem nart a już byłem cały spocony.

      Kolejka Rescieza wjeżdża na wysokość 2103 m n.p.m.. Gdy wjechaliśmy na górę, zaraz po wyjściu stanąłem przy barierce ochronnej i chciałem zrobić zdjęcie w dół, aby uwiecznić, jak długą i stromą trasę pokonują wagoniki. W tym momencie usłyszałem, dochodzący z wagonika, jakiś wzburzony głos. Odwróciłem głowę w tamtym kierunku i ujrzałem starszego, postawnego mężczyznę. Nie bardzo zrozumiałem co on mówi, ale z wyrazu jego twarzy oraz brzmienia głosu domyśliłem się, że nie powinienem stać w miejscu, w którym stałem. Grzecznie więc zwinąłem sprzęt fotograficzny i zacząłem się wycofywać.  Ale ten dżentelmen w wagoniku dalej coś tam wołał, również inne osoby, które z nim przebywały też coś nawoływały. Zatrzymałem się więc, aby zorientować się o co im w końcu chodzi. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że drzwi od segmentu wagonika, w którym przebywali ci ludzie są zamknięte i oni po prostu nie mogą wysiąść! O tempota, o mores! W tym samym momencie w całej sytuacji zorientował się pracownik obsługi i uwolnił biedaków.

       Kolejka została zbudowana głównie z myślą o saneczkarzach. Jest tam trasa dla saneczkarzy. Skoro jednak jest kolejka, to ktoś wpadł na pomysł aby wytyczyć trasę narciarska, która by się tam zaczynała. Z ukształtowania terenu wypadło, że może ona prowadzić do Furnes. Jedzie się miło, ale bez rewelacji. Taka, trochę szersza, leśna droga a na koniec pod górkę. Docieramy do „Tylko dla orłów” bez specjalnego entuzjazmu dla pokonanej drogi. Warto było eksperymentować? NIE! Nie polecam. Choć z drugiej strony, gdybym nie sprawdził, to nie miałbym własnego zdania na ten temat. No dobra, może i warto, ale raz, i wystarczy.

       Do południa, przed przesiadką na górnej stacji Furnes, zwykle trzeba chwilę poczekać. Choć obsługa stara się jak może dopychając kolanami ludzi w wagoniku, to jednak około 10-15 minut trzeba odczekać. W trakcie oczekiwania najpierw przyciąga uwagę sama kolejka, ostro wspinająca się do góry. Prawdziwe cudo, bez żadnego dodatkowego, pośredniego wspornika wjeżdża na wysokość 2500 m n.p.m.. Robi wrażenie. Po jakiejś chwili zaczynam jednak rozglądać się po ludziach czekających w kolejce. Barwne, wesołe, wielojęzyczne towarzystwo. Sporo naszych rodaków, ale też i przedstawicieli innych słowiańskich nacji. Wśród fantazyjnie ubranych miłośników nart i desek zwrócił moją uwagę dżentelmen w kapelusiku, w stylu tyrolskim. Gdyby nie buty i spodnie narciarskie, trudno byłoby poznać, że on także przyjechał tu jeździć na nartach. Kapelusik, elegancka czarna kurtka, zupełnie jakby właśnie w centrum Wiednia, wyskoczył ze swego biura, centrali wielkiego banku na launch. Pan jednak wyróżniał się nie tylko  strojem, ale także swoją fizjonomią. Pamiętacie serial „Gliniarz i prokurator”? Był tam taki policjant Jake Styles (Joe Penny) i prokurator Mc Cabe (William Conrad) o bardzo specyficznym poczuciu humoru i charakterystycznym wyglądzie. Dodatkowo Mc Cabe miał buldoga. Zarówno pan jak i jego czworonóg byli do siebie nieco podobni. Patrząc na dżentelmena w kapelusiku zastanawiałem się jedynie, czy bardziej przypomina mi z twarzy Mc Cabe’a czy jego psa.

      Trasą tuż obok kolejki przemknęła dama z rozwianym włosem. Z roku na rok jest coraz mniej ludzi jeżdżących bez kasków. Jeszcze mniej jest takich, którzy nie mają żadnego nakrycia głowy. Tym bardziej więc, rzucają się w oczy tacy osobnicy. Intryguje mnie jacy to są ludzie.  W przypadku pań można by pomyśleć, że to troska o fryzurę sprawia, że niechętnie zakładają kaski. Ale nawet jeśli tak jest, to raczej nie jest to jedyny powód. Miałem kiedyś okazję znaleźć się w kolejce do wyciągu obok trzech dam w wieku ok. 60, żadna z nich nie miała pełnego nakrycia głowy. Przyglądałem się i przysłuchiwałem i wreszcie zrozumiałem o co chodzi. To jest ich demonstracja niezależności, mocnego charakteru i zdecydowania. Tak to są twarde, władcze kobiety. Nikt im nie podskoczy. Podobnie, zresztą jest z facetami, u których dodatkowo dochodzi demonstrowanie nonszalancji. Teraz już wiem, jeźdźcy bez nakrycia głowy, ewentualnie tylko z wąską opaską, to władcy świata, demonstrujący, że są ponad takimi banalnymi ograniczeniami, muszą przy tym wyróżnić się z tłumu.

       Zostajemy w końcu wtłoczeni do wagonika jak Japończycy w tokijskim metrze w godzinach szczytu. Nie ma potrzemy czegokolwiek się trzymać, bo i tak nie ma szans na jakąkolwiek zmianę pozycji.

       Widoki z Secedy są kapitalne. Jesteśmy na wysokości 2500 m n.p.m. i we wszystkich kierunkach rozciągają się przed nami kolejne łańcuchy górskie. Jeden za drugim, i kolejny, i tak bez końca. A trasy z Secedy i Col Raiser są wyborne. Najczęściej wymienia się La Longię, która prowadzi z powrotem do St. Urlich, bo jest najdłuższa, 10,5 km radosnego zjazdu. Dla mnie najładniejsza, szczególnie w pierwszej połowie wręcz fenomenalna, jest ta z Secedy do St. Cristiny. Poziom trudności wyraźnie wyższy niż na trasach Seiser Alm, ale wszystko do ogarnięcia. A radość z jazdy nie do opisania. Na dole można jeszcze wskoczyć do podziemnej kolejki Val Gardena Ronda Express, łączącej trasy na Secedzie z Sella Rondą. Tą ostatnią tym razem jedynie powąchałem, zjadłem pyszną zapiekankę i wróciłem na Secedę.

       Strasznie rzadko wyjeżdżamy na narty. Jak już więc jestem na nartach, to staram się najeździć tak, by ta jazda wychodziła mi dziurkami nosa. Któregoś dnia moi kompani już wracali do naszego lokum, a jeszcze cieszyłem się jazdą na nartach. Nogi domagały się już coraz częstszych przerw, ale co tam. Jeszcze trochę, i jeszcze. Byłem już niemal na ostatnim odcinku przed St. Cristina, banalnym, średnio szerokim, z niewielkim nachyleniem. W zasadzie to taka dojazdówka do stacji kolejki. Wyjechałem zza kolejnego zakrętu i zobaczyłem … helikopter ratowniczy stojący na skraju trasy. Kilkanaście metrów przed nim jakiś człowiek wymachujący rękoma, aby ostrzec nadjeżdżających narciarzy. Po drugiej stronie trasy dwie ekipy ratowników uwijających się przy dwóch leżących nieruchomo osobach. Zatrzymałem się na poboczu kilkadziesiąt metrów przed miejscem wypadu, zdumiony całą sytuacją. W tym miejscu taki wypadek? Co się stało? Nieuwaga, zmęczenie? Ratownicy tym czasem unieruchamiali poszkodowanych w noszach. Powoli zacząłem zjeżdżać, mocno przygaszony tym co zobaczyłem. Kiedy jechałem gondolką do góry, na miejscu wypadku nikogo już nie było. Narty wymagają jednak ciągłej koncentracji, a tym większej im bardziej jest się zmęczonym. Przecież nawet narciarz amator w czasie zjazdu rozwija znaczne prędkości.
       Po dwóch-trzech dniach jazdy zakwasy dają znać o sobie z całą mocą. Wybieramy się więc wieczorem na basen Mar Dolomit. Korzystamy ze specjalnej oferty wieczornej obowiązującej od 19.30 i płacimy połowę normalnej ceny. Mar Dolomit to taki mały kompleks wodny. Jest basen do pływania, jest „rwący strumień” z bardzo ciepłą wodą na zewnątrz, są niewielkie zjeżdżalnie, jakuzzi, baseniki dla dzieci i ogólnodostępna sauna przy basenie (jest też cały zespół saun, ale osobno płatny). Rewelacja, takie pławienie się po nartach i ta sauna, odradzamy się.

wtorek, 26 marca 2013

ST. URLICH W SŁOŃCU


 

       Cóż za miła niespodzianka! Po tygodniach szaroburej pogody w Polsce, po dwóch dniach ciągłych opadów śniegu, drugi dzień w St. Urlich wita nas pięknym słońcem. Co my jeszcze robimy w łóżkach? Ludzie! Wskakiwać w uniformy i jazda na stoki.

       Wracamy na Seiser Alm. Po wjechaniu gondolą do góry odsłania się skrzętnie dotąd skrywany przez góry widok na Seiser Alm i dalszą okolicę. Widoczność jest wyśmienita, więc trudno nie zatrzymać się na chwilę by podziwiać wspaniałe górskie krajobrazy. Jak na dłoni możemy oglądać ciągnące się bez końca kolejne wzniesienia, kolejne wyciągi i kolejne trasy. A najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że za chwilę ruszymy w te bezkresne przestrzenie i będziemy się cieszyć ich przemierzaniem.

       Ruszamy. Najpierw krótki niebieski łącznik i wyjeżdżamy na trasę wiodącą do wyciągu Mezdi. Na tym wyciągu trzeba uważać na kijki, bo łatwo je stracić na stacji pośredniej. Co prawda jest tam tablica ostrzegająca o takiej możliwości, ale niewiele osób ją czyta. W ubiegłym roku również nasz kolega postradał tam swoje kijki. Na szczęcie obsługa wyciągu jest bardzo zaradna i gdy taki gapowaty delikwent dojeżdża na górę, już czeka na niego pan z kijkami, które można kupić po przystępnej cenie.

       Jeżeli chcemy ruszyć w siną dal, musimy pokonać kolejny łącznik. Początek tego łącznika to również początek trasy wzdłuż wyciągu Mezdi oraz trasy do wyciągu Sonne, którym wraca się do St. Urlich. Rano ten wspólny odcinek wygląda jeszcze całkiem dobrze, ale po południu, kiedy powroty trwają w najlepsze, pojawia się niewiadomo skąd, wielki, zwalisty Holender Wmorde Mulde, i skutecznie uprzykrza narciarzom życie. Póki co jednak jedziemy łącznikiem, niezbyt szerokim, ale całkiem przyjemnym. Trochę narzekają deskarze. Jak który dobrze się nie rozpędził na stromym, to czeka go zdejmowanie deski i krótki spacer ze sprzętem pod pachą. Trasą 48 docieramy do wyciągu Sanon, który zawozi nas na Monte Piz. Przeskakujemy na drugą stronę góry i znajdujemy się na łatwej, ale bardzo przyjemnej trasie nr 55. I tak bujamy się, kolejny wyciąg i kolejny zjazd. Coraz dalej i dalej i dalej … Tutaj naprawdę można nacieszyć się jazdą na nartach. Przed wyciągiem Florian pojawia się nawet ruchomy chodniczek, aby biedni narciarze nie musieli podchodzić kawałek pod górę. A skoro jesteśmy już przy Florianie, to przecież narciarze nie samą jazdą żyją. Tak jak samochody muszą tankować paliwo, tak narciarze muszą uzupełniać talent. I właśnie na górze o takiej samej nazwie jak wyciąg, patrząc z St. Urlich to na samym końcu Seiser Alm na wysokości 2100 m n.p.m., jest Rifugio Williamshütte, w porze obiadu zatłoczona do granic możliwości. Jednak nie ma co się dziwić, panorama gór z tego miejsca jest zachwycająca. Co do samej chaty, to jedzenie jest bardzo przyzwoite, bez względu na ilość chętnych, zawsze bardzo się starają. Będąc tam trzeba zwrócić uwagę na informację o sposobie obsługi w części restauracyjnej. Jak jest faktycznie prawdziwy młyn, a dzieje się tak w porze obiadowej gdy jest piękna pogoda i są dobre warunki śniegowe, to część restauracyjna dołącza do reszty lokalu i staje się barem z samoobsługą. I naprawdę inaczej nie można. Mimo wszystko warto tam zajrzeć, tym bardziej, że różnych rodzajów talentu też nie brakuje.

       Pokrzepieni na duchu i ciele, uzupełniwszy zasoby talentu, ruszamy dalej. Chciałem trafić na trasę nr 34, na której jeszcze nigdy nie byłem, ale tak kombinowałem i kombinowałem, że wylądowaliśmy na trzydziestce. Co prawda obie prowadzą w to samo miejsce ale zupełnie inaczej. I żebym ja, stary traper tak źle poprowadził? No wstyd, po prostu wstyd. Choć z drugiej strony, szukając pozytywów tego co się stało, można powiedzieć, że będzie pretekst aby tam wrócić!
       Póki co, szusujemy przed siebie. Jest jeszcze jedno miejsce, do którego chciałbym abyśmy dzisiaj dotarli. Już tam bywałem. Na samo wspomnienie gęba się śmieje. To taki ekstra deser: Goldknopf (2220 m n.p.m.). Dla czego Knopf? Knopf to przecież główka, guzik lub przycisk, a nieco żartobliwie mały człowiek. Szczególnie to ostatnie znaczenie wydaje się w tym przypadku wyjątkowo „trafne”. Docieramy tam wyciągiem, który o dziwo nazywa się … Goldknopf. Schodzimy z kanapy i podziwiamy. Nie wiadomo co bardziej. Widoki, czy trasy stąd wychodzące. Jak dla mnie super, jedne z najpiękniejszych tras po jakich do tej pory jeździłem. Mógłbym tu się zapętlić, i zjeżdżać, i zjeżdżać, i zjeżdżać … Robi się jednak dosyć późno. Musimy więc wybrać wariant zbliżający nas do St. Urlich. Głupio byłoby tak zostać na końcu świata po zamknięciu wyciągów. Zjeżdżamy więc dziewiętnastką, która przechodzi w osiemnastkę, a ta w siedemnastkę. Co za jazda. Cudo! Włosi nie podają na planach długości tras, ale tu rzeczywiście można było się nacieszyć szusowaniem i zapomnieć o całej reszcie świata.

niedziela, 24 marca 2013

MOJA WYCZEKANA VAL GARDENA.



       Śnieżna apokalipsa na autostradzie w południowych Niemczech. Gęsto padający śnieg, droga zakorkowana. Nie ma szans aby w jakikolwiek sposób przebiły się pługi śnieżne. Wszystko stoi. W pewny momencie słychać syreny sanitarki. Słychać i owszem ale nie widać, nie ma szans aby przejechała, bo nawet pas awaryjny jest zablokowany. Pojawia się nad nami helikopter. W radiu kolejne wiadomości: Stau, Stau, Stau…. I wypadek, niestety z ofiarami śmiertelnymi, to tam właśnie smierzali ratownicy. W końcu jednak ruszamy. Bardzo wolno, ostrożnie. Droga cały czas biała. Rozpoczyna się długi, dosyć stromy podjazd. Samochody „tańczą” po całej szerokości czteropasmowej autostrady. Mijamy ciężarówkę stojącą na lewym skraju dogi. Już nikt nie trzyma się swojego pasa. Kolejna unieruchomiona ciężarówka, tym razem po prawej, na pasie awaryjnym. Na szczęście nasz Touran, chociaż nie bez trudu, wspina się na szczyt wzniesienia. Pokonujemy kolejne kilometry, a śnieg wciąż pada. Z tego powodu, na wszystkich austriackich autostradach ograniczenie do 100 km/h. Dojeżdżamy do przełęczy Brenner licząc na to, że może chociaż za nią będzie lepiej i ostatnie kilometry będą lżejsze. Nic z tego. Śnieg towarzyszy nam do samego końca. Ośnieżone St. Urlich wieczorem wygląda baśniowo. Wyjeżdżamy na Rezzia str prowadzącej w kierunku St. Cristina, przy której znajduje się cel naszej podróży, dom państwa Riffeser.  Ale przed nami jeszcze, niezbyt długi ale za to stromy podjazd do tegoż domu. Ku wielkiemu zaskoczeniu nasze pudełko na kołach dało radę i wreszcie mogłem odetchnąć zostawiając samochód na cały tydzień! Dzielne autko. Rozpoczynamy nasz wymarzony i długo wyczekiwany tydzień narciarski w Val Gardena.

       Otworzywszy oczy w niedzielę rano stwierdziliśmy, że śnieg niestety dalej pada. No cóż, nie wszyscy są tak pokręceni jak ja i nie specjalnie lubią jazdę przy padającym śniegu. Patrząc na trasy mogłem dojść do wniosku, że raczej wręcz przeciwnie, tacy osobnicy są w mniejszości. Nie ma co jednak grymasić, przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Wskakujemy w narciarskie ciuchy i skibusem jedziemy do centrum miasteczka. Jeszcze kawałek na piechotę, stawiając kroki niczym jakiś robokop i ładujemy się do kolejki St. Urlich - Seiser Alm (Ortisei - Alpe di Siusi). Gondolki wywożą nas na wysokość ok. 2000 m n.p.m.. Nareszcie możemy przypiąć naryty i deski, co kto ma, i ruszamy. Mimo wciąż padającego śniegu trasy na Seiser Alm (Alpe di Siusi) przygotowane znakomicie.

       Śnieg sypie cały czas, nie rozpędzamy się więc zanadto. Ostrożnie, spokojnie, a poza tym mamy chytry plan, aby pierwszą restauracją w górach była Baita Sanon Hütte. Pamiętamy ją z ubiegłego roku. Fajne, typowo górskie wnętrze, dobra kuchnia i kapitalny węgierski kelner. I nie zawiedliśmy się. Wszystko było na swoim miejscu, łącznie z Węgrem. Pewnie chłopina nas nie poznał, ale jak tylko powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, zapytał mnie: co chcesz? I co ważniejsze, na tym jego zasób polskiego słownictwa się nie kończył. Pojedliśmy więc, zaspokoiliśmy pragnienie i mogliśmy wrócić na trasy. Zawsze po takim małym co nieco, strasznie trudno się ruszyć. Człowiek robi się jakiś ociężały, ruchy mocno spowolnione. Najchętniej położyłbym się w jakimś wygodnym hamaku i pobujał w rytm np. piosenek Nicka Cave’a z jego ostatniej płyty „Push the Skay Away”. Taka „Mermaids” byłaby idealna. Ale zamiast bujania w obłokach, trzeba dopiąć klamry w buciorach narciarskich i ruszać przed siebie. Wystarczy tylko ruszyć, organizm natychmiast przestawia się na tryb pełnej czujności i aktywności. Jesteśmy już w innym świcie. W świecie białego szaleństwa. Ten wyjątkowo wyświechtany zwrot doskonale oddaje uczucia związane z jazdą na nartach.

       Pierwszy dzień na nartach dobiegł końca. Do domu wróciliśmy cali i zdrowi, w doskonałych humorach. Przyszedł wreszcie ten najprzyjemniejszy moment dnia, zdjęcie butów narciarskich. Jaka ulga. Należało jeszcze jakoś uczcić to piękne rozpoczęcie. Poszliśmy więc wieczorem do miasteczka i wstąpiliśmy do pizzerii Vedl Mulin przy ryneczku. Tłok jak licho. Żadnego wolnego miejsca, tym bardziej sześciu. Żadnych szans, rozglądamy się niepewnie po lokalu. Podszedł jednak kelner i zapytał na ile osób potrzebujemy stolik. Co za leń! Nie chciało mu się liczyć do sześciu. Niech mu będzie. Poprosił abyśmy poczekali, bo niebawem zwolni się jakiś odpowiedni stół. Chwila się nieco przedłużała. Zdążyliśmy dokładnie przyjrzeć się wnętrzu z wieloma ozdóbkami. W centralnym miejscu stał wypolerowany do granic możliwości Harley Davidson właściciela lokalu. Przy wejściu zaś, tuż obok nas, stały stojaki z półmiskami. W jednym było pieczywo, coś w rodzaju podpłomyków, w drugim boczek pocięty w cieniuteńkie plasterki. Odczuwaliśmy coraz większy głód, ale jakoś nikt nie sięgał po specjały z „wystawy”. Przychodzili kolejni potencjalni goście. Większość widząc co się dzieje rezygnowała i wychodziła. Znaleźli się jednak również kolejni twardziele, tacy jak my, którzy postanowili poczekać. Jakieś niemieckojęzyczne towarzystwo. Czuli się bardzo swobodnie, głośno rozmawiali i … prawie natychmiast sięgnęli po boczuś z „wystawy”. No i się zaczęło. Niby od niechcenia, po malutkim kawałeczku, bardzo powoli, zaczęliśmy sięgać po regionalne przysmaki i my. Ani się obejrzeliśmy, a półmiski były prawie puste.

       Po długim oczekiwaniu, wyjedzeniu boczku i podpłomyków, doczekaliśmy się zaproszenia do stołu. Cóż mogę powiedzieć? Warto było czekać! Pizze były pyszne (a może to długie czekanie zadziałało?) i duże, wino domowe bez zarzut, a kawa wyśmienita. Tak właśnie wyobrażałem sobie zakończenie pierwszego dnia w Val Gardenie.     

niedziela, 23 grudnia 2012

SPACERUJĄC PO DACHU KATEDRY - DESZCZOWY MEDIOLAN




       Bus na lotnisko Schönefeld wyruszał o drugiej w nocy. Nie było za dużo czasu aby się wyspać. Rachuby na to, że dośpię w busie a później w samolocie szybko spaliły na panewce. Fotele w jednym i drugim środku lokomocji były ustawione tak gęsto, że wygodnie mogły usiąść w nich pięcioletnie dzieci lub hinduski fakir. Tak więc cała podróż do Mediolanu upłynęła mi na ciągłym wierceniu się i szukaniu, w miarę wygodnej pozycji do siedzenia.
       Niebo na całej długości trasy było solidnie zaciągnięte chmurami. Tylko najwyższe szczyty Alp wystawały spod chmur. Słoneczna Italia przywitała nas deszczem. Lotnisko Malpensa, choć nieco oddalone od centrum, jest z nim bardzo dobrze skomunikowane. Autobusy, za jedyne 10 euro, zabierają nas z portu lotniczego i zawożą pod główny dworzec Mediolanu. Podróż, mimo, że częściowo autostradą, trwa około godziny.
          Przed wyjazdem do Mediolanu jak zwykle nieco poczytałem o miejscu, do którego się wybierałem. Zapoznałem się z informacjami o tym co warto zobaczyć w centrum miasta (na zwiedzanie miałem tylko jeden dzień). Przeoczyłem jednak, a może nie zwróciłem uwagi, na informacje o znaczeniu gospodarczym miasta. Podświadomie przyjąłem założenie, że to pewnie taki, trochę większy Szczecin. Tym czasem już dojazd do centrum wzbudził moje wątpliwości. Zacząłem przeglądać moje notatki. No i wyszło szydło z worka. Ten Mediolan liczy sobie 1 300 000 mieszkańców, jest stolicą gospodarczą Włoch: Pirelli, Alfa Romeo, Cinzano, Borsa Italiana, jest jednym z głównych centrów europejskiej mody, dwa lotniska: Malpensa i Linate. Są tam też trzy linie metra. Kilka wyższych uczelni i ogromna ilość zabytków. Wiele okazałych budowli: Teatro alla Scala, Galeria Vittorio Emanuele – wspaniała galeria handlowa. Ale uwaga, wszystkie przewodniki ostrzegają, że ceny w tej galerii nie są zbyt przystępne. Także w Mediolanie znajduje się Ostatnia Wieczerza Leonardo da Vinci.
       Czasu jest niewiele. Szybko kwaterujemy się w hotelu i wyruszamy na spotkanie z Mediolanem. Spacerujemy po mieście. Ciągle pada, kamienne ulice lśnią jak wypolerowane. Ileż godzin może ciągle padać? Idziemy ulicą Portaromana. Przyglądam się okolicy i mam wrażenie, jakbym to miejsce znał. I nagle olśnienie … To wygląda jak szczecińskie Niebuszewo. Większe, bogatsze, a jednak z tym klimatem. Czyli mimo wszystko Szczecin.
       Zaczynamy odczuwać ssanie.  Cóż innego mogłoby nam przyjść do głowy w czasie pobyt w Włoszech aniżeli pizza? I faktycznie, nie trzeba było długo szukać, bo co kilka metrów był jakiś lokal specjalizujący się tej dziedzinie. Nas zachęciła nazwa lokalu, która to nazwa odnosiła się do nazwy ulicy, na której się znajdowaliśmy oraz do zabytkowej bramy miejskiej, stojącej na jej początku, a mianowicie Portaromanapizza (Portaromana 83). Lokalik niewielki, ale całkiem znośny. Spora liczba gości – Włochów, pozwalała domniemywać, że możemy spodziewać się przyzwoitego jedzenia, przynajmniej w rozumieniu miejscowych, a o to nam chodziło. Gdy pan przyniósł nam zamówioną pizzę, na moment zaniemówiliśmy. Danie, które otrzymaliśmy, zupełnie ni było tym czego się spodziewaliśmy. Zamiast pięknego, ogromnego, cienkiego, okrąglutkiego placka z różnymi dodatkami, otrzymaliśmy szóstą część placka i to bardzo grubego placka. To taką pizzę jedzą Włosi? Zjedliśmy co nam podano. Nawet było smaczne, choć bez rewelacji. Ale jakoś tak byliśmy nieco skonsternowani tym co nas spotkało. Ponieważ od porannej przekąski na lotnisku upłynęło już całkiem sporo czasu, więc po zjedzeniu tego kawałka pizzy nie tylko odczuwałem konsternację, ale także w dalszym ciągu głód. Druga rzecz, którą zwykle zamawiam we włoskich lokalach, to lazania. Wyszukałem więc w menu taką, której opis wyglądał najbardziej zachęcająco i zamówiłem. Tym razem, znowu niespodzianka. Danie, które dostałem było wyśmienite! Tak pysznej lazanii jeszcze nigdzie nie jadłem. Rewelacja! No, teraz możemy z czystym sumieniem i pełnym brzuchem ruszyć do dalszej eksploracji Mediolanu.
Dziedziniec Uniwersytecki
       Czasu jest coraz mniej, więc kierujemy się prosto w kierunku katedry, słynnej mediolańskiej Duomo. Warto byłoby dotrzeć tam jeszcze za dnia, by mimo padającego ciągle deszczu móc zrobić parę zdjęć. Ale znowu naszą uwagę przykuwała kolejna budowla. Niespecjalnie okazała, ale nader intrygująca, z zachęcającym przejściem na rozległy dziedziniec. Okazało się, że to Universita Statale. Powoli przechodzimy na dziedziniec, pięknie. Przypomniała mi się moja „sołtysówa” na Łukasińskiego, w baraku z tektury, gdzie kończyłem studia i przez rok pracowałem. Jakoś tak dziwnie mi się zrobiło. Tu każdy zakamarek tchnie atmosferą uniwersytetu. Już samo przekroczenie bramy unosi człowieka o ten jeden stopień wyżej…  Ciągle pada. Chroniąc się pod arkadami robię parę zdjęć i wracam na kurs.
Rowery miejskie
       Po przejściu kolejnej ulicy wyłania się w końcu Duomo. Widziałem to wcześniej na zdjęciach, ale dopiero na żywo można docenić niezwykłość tej budowli. Niby to wszystko z marmuru, ale zupełnie jak wyjątkowo misterne koronki. Tylko ile kobiet i jak długo musiałoby to tkać? Widzicie to niekończące się pole, a na nim siedzące jedna obok drugiej starsze panie, cierpliwie i z mozołem dziergające szydełkami?
       Chociaż nikt nie przykuwał łańcuchami staruszek do zydelków by wydziergały tę niezwykłą koronkę, to i tak nie było łatwo i szybko. Wystarczy uzmysłowić sobie podstawowe fakty dotyczące mediolańskiej katedry: to trzeci co do wielkości kościół w Europie po Bazylice św. Piotra i katedrze w Sewilli; jego budowa trwała, bagatela od 1386 do 1813 czyli 427 lat, choć wyświęcona w 1572 roku prze kardynała Karola Boromeusza (czas budowy hotelu Neptun w Szczecinie za komuny to mały pikuś); ozdobiony jest 135 pinaklami czyli smukłymi kamiennymi wieżyczkami szalenie bogato zdobionymi oraz 2245 marmurowymi rzeźbami; szczyt najwyższego pinakla zdobi Madonnina, złocony posąg czterometrowej wysokości. Uff, zapiera dech!
       Ale Duoma ma też jeszcze jedną, absolutnie niezwykłą atrakcję. Otóż można sobie pospacerować po jej dachu. Ani Jacka, ani mnie nie trzeba namawiać ani chwili byśmy skorzystali z takiej okazji. Oczywiście jak ktoś chce powspinać się po 158 stopniach (podobno tyle ich jest, nie liczyłem) to musi wybulić 7 Euro, ale zapewniam wszystkich, że to co się przeżyje później, jest warte dużo, dużo więcej. Dla leniwych, bądź mających problemy ze zdrowiem jest też winda, naturalnie stosownie droższa.
Na dachu Duomo

       Spacer po dachu katedry, wśród misternych rzeźb i różnorakich ozdób, z niezwykłymi widokami na miasto,  jest absolutnie fantastycznym przeżyciem. Kręcilibyśmy się pewnie tam bez końca, gdyby nie to, że w pewnym momencie poinformowano nas, że zamykają. Proza życia wyrwała nas z niezwykłego stanu emocjonalnego uniesienia.
Widok z dachu (po prawej Galeria Wiktora Emanuela)
       Katedra sąsiaduje bezpośrednio z galerią handlową Wiktora Emanuela. A zatem po zejściu z dachu katedry tam skierowaliśmy nasze kroki. Nawet po pobieżnym obejrzeniu tej galerii nie pozostaje nic innego tylko powiedzieć: „a kiedyś to budowali galerie handlowe, nie to co teraz.” I tylko żal, że tak mało czasu.
       Nie licząc wyjazdów na narty, był to mój pierwszy pobyt we Włoszech. Ośrodki narciarskie to jednak specyficzny miejsce, a jedzie się do nich w ściśle określonym celu. Tak więc wszystko co spotykałem w Mediolanie był nowym doświadczeniem. Na długo zapamiętam nasz przydługi spacer po mieście, przy wciąż padającym deszczu, w poszukiwaniu otwartego lokalu gastronomicznego, w którym moglibyśmy zjeść obiad po zakończonym spotkaniu. Ze spotkania wyszliśmy około 17.30 i oczywiście szukaliśmy typowo włoskiego lokalu. Jedyne co było czynne to jakaś restauracja zrobiona na modłę amerykańską, ale przecież nie o to nam chodziło. Błądziliśmy więc dalej i zaczęliśmy wczytywać się, z niejakim trudem, w tabliczki na drzwiach. Okazało się, że wszystkie napotkane po drodze typowo włoskie lokale z normalnym jedzeniem, otwierane są najwcześniej o 19, lub o 19.30 a niekiedy nawet o 20. Włosi zaczynają biesiadować, o czym mogliśmy przekonać się później, między 20 a 21. Znaleźliśmy więc sobie lokalik o nazwie Same, niedaleko naszego hotelu, przy via Crema 9, do którego poszliśmy o właściwej porze. Pizze, które nam tam serwowano z wyglądu były tym czego oczekiwaliśmy, a jeśli chodzi o smak, po prostu wyśmienite. Do tego literek domowego wina i świat od razu jest lepszy.
W Galerii Wiktora Emanuela
       Pora wracać do domu. Odlot samolotu przed 9 rano. Na lotnisku trzeba być dwie godziny przed odlotem. Biorąc pod uwagę czas potrzebny na dotarcie do lotniska, z hotelu wychodzę o 05:20. A Mediolan już żyje. Rozstawiają jakieś stragany. Jacyś ludzie kręcą się w kafejkach, gdzie można wypić poranne espresso i zjeść cruasanta. Nawet się uśmiechają. Fajnie. Dochodzę do stacji metra i … i stop. Metro rusza o 06:00. Czekać, nie czekać? Nie mam pojęcia jak będzie na lotnisku. Jakoś muszę dostać się pod dworzec centralny, skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko. To całkiem spory kawałek. Rad, nierad decyduję się na taksówkę. Czuję jak wir wysysa mi z portfela kolejne Euro, zimny pot spływa mi po czole. Obserwuję z niepokojem licznik w taksówce, nowiutkim mercedesie klasy C. Cyferki zmieniają się dosyć szybko, ale nagle widzę znajome miejsce. Jesteśmy już przy dworcu, a na liczniku niespełna 20 Euro. Nie jest to specjalnie tanio, da się jednak przeżyć. Daję nawet drobny napiwek. Mam gest. Przy dworu życie tętni już na całego. Autobusy z tabliczkami „Malpensa” i te oficjalne lotniskowe i te nieoficjalne ale z dynamicznymi naganiaczami, czekają na pasażerów. Oczywiście w jednych i drugich te same bilety z tą samą ceną 10 Euro. Lokuję się w tym z naganiaczem. Dobry wybór, autobus szybko się napełnia i rusza w trasę. Oddycham z ulgą, wszystko idzie zgodnie z planem. Na lotnisku, po odprawie mam jeszcze sporo czasu. Spokojnie wypijam jeszcze jedno doskonałe espresso, które zagryzam ciepłym cruasantem. Powoli wstaje kolejny dzień. Zbliża się bording time. Jak zwykle trochę zamieszania, nieco tłoczno. Trafiło mi się miejsce w ostatnim rzędzie, chyba nigdzie w samolocie nie ma tak małej przestrzeni do poprzedzającego fotela. Wszystkie miejsca zajęte. Tragedia. Całe szczęście, że to tylko dwie godziny. Podchodzi do mnie steward i coś mówi. Z początku nie mogę go zrozumieć. Jakieś zaćmienie, ani po niemiecku ani po angielski. Znowu obciach. W końcu jednak dogadujemy się. Czy jest Pan sam? Tak? To proponuję Panu inne miejsce.” I prowadzi mnie do środka samolotu, gdzie są wolne miejsca przy wyjściu awaryjnym, gdzie są największe odległości między rzędami siedzeń. Czuję się co najmniej jak w biznes klasie. Rozsiadam się wygodnie. Samolot zaczyna kołować. Wyglądam przez okno: dzień już w pełni, nawet wyszło słońce, a na horyzoncie widać Alpy. Co za widok!

niedziela, 18 listopada 2012

Jesień w Tatrach



       Nadarzyła się okazja na krótki wypad w słowackie Tatry. Co prawda nie było zbyt wiele czasu, ale nawet jeden-dwa dni tam spędzone, to wielka frajda. Zapakowałem się więc do Tourana i ruszyłem na spotkanie gór. Po drodze wpadłem jeszcze na chwilę do Łodzi, przez co podróż nieco się przedłużyła. W rezultacie znaczną część drogi pokonywałem po ciemku. Ruch od Nowego Targu był już minimalny, więc końcówkę trasy jechało się bardzo przyjemnie. W końcu pojawiły się góry, pusta droga, pięknie. Tak się zachwycałem jazdą, że nieomal przegapiłbym granicę. Zorientowałem się mijając już tablicę. Miałem jeszcze ok. 20 km do Gerlachova, gdy nagle na drodze zauważyłem czerwone światło latarki policyjnej. Momentalnie prysł czar nocnej podróży. Nieco przestraszony spojrzałem na prędkościomierz. Co prawda wokół nie było żadnych świateł, ale zgodnie z informacją na tablicy, właśnie przejeżdżałem przez jakąś wioskę.  Było niewiele ponad pięćdziesiąt, nie jest źle. Zdecydowanie zwolniłem. Do policjantów podjeżdżałem już bardzo powoli.


     Pan policjant, młody człowiek, poprosił grzecznie o dokumenty. Za nim pojawiła się pani policjantka, też całkiem młoda osoba, która przejęła podane przeze mnie dokumenty. A pan policjant wyjął ustnik do alkomatu zapakowany w folię i wręczył mi go, instruując co mam zrobić. Okazuje się, że nasze języki nie są aż tak od siebie odległe, nie miałem najmniejszego problemu, ze zrozumieniem czego oczekuje się ode mnie. Ponieważ, raczej, nie mam zwyczaju pić piwa, ani tym bardziej alkoholu, w czasie jazdy byłem spokojny o wynik pomiaru. I się nie pomyliłem. W tym czasie pani policjantka sprawdziła mnie w „centrali”, okazało się, że nie jestem żadnym podpadziochą. Zwrócono mi dokumenty i pożegnano.
       A właściwie co oni tam robili, na tej nieoświetlonej drodze?  Czy przypadkiem nie byli zajęci głównie sobą i tylko od czasu do czasu kogoś zatrzymywali, by móc coś wpisać w raporcie? 


       Wreszcie dotarłem do hotelu Hubert pod Gerlachovem. Choć dojechałem dopiero koło dziesiątej, moi słowaccy koledzy przyjęli mnie bardzo serdecznie. Załapałem się jeszcze na pyszną kolację. Sporo jest różnic między Słowakami a Polakami. Ale i jedni, i drudzy potrafią dobrze przyjąć swoich gości. A że dla obu naszych narodów standardem jest zakrapianie posiłków, więc atmosfera szybko robi się bardzo przyjemna.
       Poranek po biesiadzie ze słowackimi i polskimi kolegami nie należy do najłatwiejszych. Widok jednak pięknego słonecznego dnia, był na tyle motywujący, że jakoś udało mi się podźwignąć. Później było już tylko lepiej. Szybki śniadanie i w góry. Niestety czasu nie było dużo, ale bardzo chciałem, chociaż trochę nacieszyć się pięknem Tatr, tą niezwykłą atmosferą, tym bardziej, że byłem tuż pod Gerlachem. Co za góra.


       Wyruszyłem. Co chwila przystanek na złapanie kolejnego ujęcia. Mimo, że się nie śpieszyłem, mimo, że co chwilę przystawałem, to już po kilometrze byłem nieco zasapany. Co ja mówię „nieco”! Dyszałem jak stara lokomotywa. Czasy dobrej kondycji dawno już minęły a i wczorajsza podróż i nocna biesiada, też sił mi nie dodały. 


       Na szczęście byłem już w Tatrzańskiej Polance, niemal kompletnie opustoszałej o tej porze roku. Przeszedłem obok pięknego budynku sanatorium, który jednak sprawia wrażenie jakby zapomniano o nim 60 lat temu. Cofnąłem się do  Hotel Palace Tivoli. W środku pusto. Trafiam w końcu na jakiegoś mężczyznę. Choć widzę tabliczkę kierującą do restauracji, to na wszelki wypadek pytam o drogę do niej. Pan sprowadza mnie piętro niżej, gdzie znajduje się lokal. Tam tylko jedna, krzątająca się kobieta. Z lekka niepewnym głosem, pytam czy mógłbym napić się piwa. Ależ oczywiście, woła pani i wymienia gatunki, które są do dyspozycji.
       Gdy otrzymałem swoje piwo wywiązała się rozmowa, jak się okazało z współwłaścicielką hotelu (prowadzą hotel razem z mężem, tym dżentelmenem spotkanym przy wejściu). Opowiadała mi jak to stopniowo remontują budynek i gorąco zachęcała do odwiedzin. Opowiadała o zniżkach w przypadku kilkudniowych pobytów. Gdy skończyłem pić piwo, zaprosiła mnie, abym zobaczył jak wyglądają wyremontowane pokoje. Muszę przyznać, że całkiem przyzwoicie. Ciekawe, czy takie ciepłe przyjęcie wynikało z tego, że po prostu mają taki styl bycia, czy też tak bardzo się starają, bo nie najlepiej się wiedzie. Bez względu na to jak jest faktycznie, miejsce jest całkiem sympatyczne. Miejscowość co prawda jest mała i nijaka, ale położenie w stosunku do górskich szlaków wydaje się być nader atrakcyjne. No cóż, zależy czego się szuka.


       
Pogawędka w Hotelu Palace Tivoli na tyle się przeciągnęła, że nie pozostało mi nic innego jak wracać do Huberta. Przecież nie przyjechałem tutaj na wczasy, tylko spotkać się ze słowackimi kolegami po fachu, a właśnie zbliżała się godzina oficjalnego otwarcia imprezy.
       Część oficjalna, na szczęście szybko i interesująco minęła, a wieczorem společensky večer. Drugi raz miałem okazję być w hotelu Hubert w Gerlachov i muszę przyznać, że kuchnię mają wyśmienitą. Ale też ciekawą obserwacją jest to, że podobnie jak w innych słowackich lokalach, w których bywałem,  bez względu na to jak dużo jest gości i jak dobrze się bawią, godzina zamknięcia lokalu to rzecz święta. No może parę minut, ale bez przesady. Jednak kelnerzy ze śmiertelnie poważnymi minami,  wyraźnie dają znać, że pora kończyć i się wynosić.  Podobnie zachowali się muzycy, którzy przygrywali nam do kolacji. Mimo burzliwych oklasków i gorących namów, nie zdecydowali się na choćby jeden bis. No cóż, niektórzy to potrafią godnie nosić spodnie!      


wtorek, 6 listopada 2012

TROGIR - FINAŁ Z PRZYTUPEM



       Jeżeli podróż jest udana, ostatni dzień bywa trudny. Pojawia się żal, że to już koniec, robi się jakoś smutno, nie można znaleźć sobie miejsca. A co powiedzieć,  jeżeli podróż była bardzo udana? Tu nie ma co gadać, trzeba coś zrobić! Takie myśli snuły mi się po głowie przed ostatnim odcinkiem naszego rejsu ze Splitu do Seget Donij.

       Wybrzeże chorwackie słynie z wielkiej ilości uroczych zatoczek, gdzie można pławić się w ciepłej wodzie Adriatyku. Skoro do Seget Donij mamy przysłowiowy żabi skok,  a pogoda jest doskonała, więc przeszukuję locję i inne materiały źródłowe w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Stosunkowo niedaleko jest zatoka Nečujam na wyspie Šolta, może być ciekawie. Ustawiam GPS-a na to miejsce i płyniemy. Na wszelki wypadek w rezerwie jest pewniak opisywany w przewodnikach, kotwicowisko Krknjaš przy wyspie Veli Drvenik. Jednak Nečujam okazuje się tym czego oczekiwaliśmy. Piękne miejsce, nieźle osłonięte od wiatru, niewiele jachtów i cudownie przejrzysta woda. Sonda pokazuje ponad 9 m głębokości a my oglądamy dno! Jak małe dzieci, niemal na wyścigi, wskakujemy do wody. Pływać, nurkować, a może na pontonie? Zrzucamy ponton, jednak szybko idzie on w odstawkę. Za to maski i fajki, jak najbardziej, bardzo się przydają. Dopływamy do brzegu, tam też jest uroczo.  A do tego nigdzie nam się nie śpieszy. Pełnia szczęścia. Jak to śpiewa Ela Adamiak: „Trwaj chwilo, trwaj. Jesteś taka piękna.” Wiem, że Ela Adamiak śpiewa o innej porze doby, ale moje odczucia w tym momencie były równie cudownie.
       Zbieramy się wreszcie do powrotu. Wieje 4 B, pełne słońce i pełny bejdewind. Ćwiczymy pływanie „na kancie”. Oczywiście na tyle, na ile pozwala na to jacht typu czarterowa Bavaria. Załoga już opływana, ma świetną zabawę. Tak właśnie powinien wyglądać ostatni dzień.
       W Seget Donij nie ma stacji paliw, więc podpływamy do Trogiru. Wiatr tężeje, robi się tłok, chętnych do zatankowania jest sporo. Warunki sprawiają, że muszę się sporo nawachlować biegami. Tak, to nie był dobry pomysł aby tu tankować. Dopiero znacznie później, w trakcie pogwarki z innymi polskimi skiperami, jeden z nich zauważył, że nie ma co tankować w Trogirze, bo nie tylko ciasno ale też, bliżej brzegu, niebezpiecznie. Mimo wszystko udaje się zatankować i wrócić do macierzystej mariny. Zupełnie niechcący, tak przy okazji, machnęliśmy tego dnia ponad 22 Mm.

       A na deser wieczorny „spacer” wodną taksówką do Trogiru. Świetną wizytówką miasta jest już sam fakt, że tutejszy zespół miejski wpisany jest na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Czy mogłoby być inaczej, skoro osadnictwo trwa tutaj nieprzerwanie od czasów kolonizacji greckiej. To kolejne miejsce na naszej trasie z ogromną ilością zabytków. Najcenniejszym z nich jest Katedra św. Wawrzyńca, budowana od XIII do XV wieku. Znajdziemy tam m.in. wspaniały, romański portal, dzieło Radovana z 1240 roku czy kaplicę Jana Usini z XV wieku, wykonane przez Juraja Dalmatinaca, jedną z ikon chorwackiej sztuki.
       Zarówno jachtem, jak i motorówką nie jest trudno trafić do Trogiru. Z daleka widać basztę Kamerlengo, część dawnych murów miejskich. Po prawej marina ACI. Dalej jest już tylko ciekawiej. Trudno się zdecydować, czy bardziej atrakcyjnie miasto wygląda z wody, czy od środka. Jednak od środka, bo na wodzie nie ma knajpek, a bez tego prawdziwy żeglarz żyć nie może. Zapuszczamy się więc w plątaninę wąziutkich uliczek, smakując niezwykłą atmosferę. Szybko robi się ciemno, jest jeszcze ciekawiej. Czas upływa błyskawicznie. Znowu nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzić, że muszę tu jeszcze wrócić. Zaledwie musnęliśmy tego co ma w sobie Trogir a tu już trzeba wracać na jacht.

       No i udało się! Ostatni dzień był pięknym ukoronowaniem całego tygodnia. Trzeba będzie tu jeszcze wrócić.

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...