niedziela, 15 lipca 2012

Wyprawa na Lofoty – Nusfjord


Dom wodza.


Dzień szósty – Muzeum Wikingów i Nusfjord.

       Już od tylu lat posługuję się telefonem komórkowym i wciąż nie mogę się nauczyć, aby  na urlopie go wyłączać lub przynajmniej wyciszać, choćby na noc. Później denerwuję się sam na siebie, gdy o 7 rano budzi mnie klient, który chce się dowiedzieć, czy zakład ddd zajmuje się zwalczaniem karaczanów. Jestem kompletnie Robity. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem która godzina. Litości. Koce na oknach spełniają swoją funkcję, tylko ten telefon. Albo dzwoni jakiś delikwent koło 22 i żali się, że nikt nie odbiera telefonu stacjonarnego w firmie.
       Zwolna zsuwam się z łóżka i podążam do okna. Po co ja właściwie podchodzę do okna, przecież wiadomo, że już jest widno, cały czas jest widno. Widok za oknem ostatecznie mnie budzi i to nie z powodu jasności. Na zewnątrz istna wichura. Trzeba będzie dzisiaj bardzo starannie dobrać cel wycieczki. Odpowiednim miejscem wydaje się muzeum Wikingów w pobliskim Borg. Jest tam podobno wielki dom jakiegoś wodza, przynajmniej będzie się gdzie schować, jeśli warunki pogodowe będą skrajnie niekorzystne.
       Jedziemy więc do muzeum. Na parkingu jakoś pustawo, zdaje się, że pogoda nieco jednak wypłoszyła turystów. Płacimy na początek skromne 140 NKr od łebka i możemy zwiedzać. Zaczynamy od budynku z wystawą. Zostajemy wyposażeni w elektronicznego przewodnika. Niestety wśród różnych języków, które są do wyboru, niestety nie ma polskiego. Wybieram niemiecki, Witek wybiera angielski, jednak żaden z nas nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Nasza znajomość języków obcych niestety nie pozwala nam cały czas nadążać za lektorem. Było się uczyć języków, a nie rzucać w szkołę kamieniami. Tym niemniej samo urządzenie jest bardzo fajne, przy kolejnych ekranach lub gablotach synchronizujemy słyszany głos z tym co oglądamy. Podobnie jest w sali kinowej, w której przedstawiany jest krótki sfabularyzowany film o dawnych mieszkańców tej wioski. Wyposażeni w wiedzę historyczną wyruszamy dalej.
       Najpierw jest rekonstrukcja domu, w którym mieszkała lokalny król wraz ze swoją rodziną i przybocznymi. Są w nim najróżniejsze pomieszczenia. Jest sypialnia królewska, jest jadalnia, sala spotkań i różne warsztaty. W sumie chałupa ma 83 metry długości. Można ją nie tylko zwiedzać i przyglądać się pracy rzemieślników w strojach z epoki, posługujących się dawnymi narzędziami, można też spróbować potraw przygotowanych wg prastarych receptur. Na to ostatnie nie zdecydowaliśmy się. Niewielka porcja zupki 150 NKr.


       Pogoda nieco łagodnieje, co prawda jest dalej zimno, ale wiatr już nieco zelżał. Idziemy w kierunku przystani, gdzie cumuje zrekonstruowana łódź wikingów z Gokstad. Po drodze mijamy kuźnię. Trudno uwierzyć, że ludzie posługując się tak prymitywnymi narzędziami, potrafili tak wiele zrobić.

Kuźnia
        Docieramy do łodzi, prezentuje się bardzo okazale. Ma 23 metry długości i podobno została zbudowana w Polsce. 



Pracownicy muzeum zapraszają na krótki rejs. Odchodzą od kei na silniki. Po chwili jednak proszą nas o wzięcie do ręki wioseł i przygotowanie ich do pracy. Już samo wzięcie do rąk wiosła sprawia, że nabiera się respektu dla dokonań Wikingów. Jeszcze ciekawiej jest gdy zaczynamy wiosłować. Jak idioci, mało się nie pozabijamy tymi pałami. Całe szczęście, że przewodnicy kazali osadzać co drugą dulkę, bo mogłoby dojść do tragedii. Kulminacja śmiechu następuje przy próbie dokonania zwrotu. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. Na szczęście, schowany głęboko w skrzyni, bardzo skutecznie wspomagała nas solidny diesel.


       W drodze powrotnej zatrzymujemy się w miejscu ćwiczeń łuczniczych i rzucaniu toporkiem. Zarówno w jednym jak i w drugim początkowo wykazywałem się nadmiarem delikatności i strzały leciały zdecydowanie za nisko a toporek nawet nie dolatywał do całkiem dużej tarczy. Po kilku próbach udało mi się z grubsza pojąć o co chodzi, jednak do Robin Hooda dużo mi brakuje. Natomiast Wiciu tak się zamachnął toporkiem, że posłał go daleko w krzaki i już nikt tegoż narzędzia nie odnalazł.   

  
        Pogoda jeszcze trochę się poprawiła, było w miarę wcześnie, postanowiliśmy więc odwiedzić niewielkie miasteczko (w zasadzie tylko takie tu są) Nusfjord, które jest kolejną tutejszą atrakcją turystyczną. Już dojazd do Nusfjord dostarcza miłych wrażeń estetycznych. Droga wije się wśród gór, często tuż nad wodą. Na końcu tej drogi znajduje się właśnie cel naszej podróży. Faktycznie miasteczko jest bardzo malownicze. Zdecydowanie nastawione na turystów przyjeżdżających na ryby. Co krok reklamy wynajmu łodzi oraz oczywiście chaty rybackiej rombu. Przyglądając się z bliska, nie ma wątpliwości, że to już nie jest osada rybacka. Można obejrzeć tłocznie tranu, która jest pamiątką po dawnych czasach i jedną z atrakcji turystycznych.  


        O tym, że to już nie jest osada rybacka, tylko wioska przygotowana pod turystów, najlepiej można było się przekonać wchodząc do miejscowego sklepu. Jeżeli do tej pory mówiłem, że Norwegia jest droga, to w Nusfjord jest mega drogo. Tu przekracza się wszelkie granice absurdu. Patrząc na ziemniaki, których kilogram kosztował 30 NKr zastanawiałem się, czy przypadkiem celowo nie ustawiono cenna takim poziomie, aby odstręczyć turystów od kupowania. Ileż to kłopotu z takimi turystami robiącymi zakupy. A jeszcze będą grymasić, bo kolor nie taki, a rozmiarówka nie odpowiednia itd. A może ten sklep jest pralnią brudnych pieniędzy. Przy tych cenach bardzo szybko można przepuścić przez kasę ogromne sumy. W Nusfjord znajduje się również jedyny w promieniu kilkudziesięciu kilometrów pub serwujący normalne alkohole. A kto je serwuje? Sympatyczna dziewczyna z Polski. 


       Powoli wycofujemy się Nusfjord. Bardzo urokliwe miejsce, choć nieco zalatuje turystycznym blichtrem. W zasadzie już jedziemy do naszego domku, ale jeszcze po drodze się zatrzymujemy. Góry, woda i kapitalny spektakl na niebie nie pozostawiają nas obojętnymi. Koniecznie trzeba zrobić jeszcze kilka zdjęć. To jest bardzo mocna strona Lofotów. Okazji do robienia zdęć jest wprost bez liku.  


W końcu udaje nam się dotrzeć do domu, na kolejny pyszny obiad, przygotowany we własnym zakresie.

       Co prawda obiad skończyliśmy późnym wieczorem, ale jakoś nikt nie myślał o spaniu. Na dworze, mimo solidnego zachmurzenia było całkiem jasno. Bierzemy pod pachę zegar ścienny i idziemy na naszą plażę, na jeszcze jedną sesję fotograficzną. Niech no tylko, ktoś zadzwoni jutro o 7 rano!


Wyprawa na Lofoty – Å





Dzień piąty – W kierunku krańca Lofotów

       Nasz pobyt w krainie białych nocy dopiero się rozpoczyna, a już zauważamy, że coś się dzieje z naszymi organizmami. Jednak brakuje nam tej nocnej pauzy, wyciszenia, zwolnienia tempa. Tym czasem, ciągle dzień, chciałoby się jeszcze wyruszyć w kolejne miejsce, albo wędrować bez końca przez góry. Jednak system ostrzegawczy z tyłu głowy uruchamia sygnał ostrzegawczy. Hej! Hej! Człowieku twoje siły nie są niewyczerpane, w końcu padniesz. No dobra, ale jakiś punkt odniesienia, jakaś miara czasu, która ułatwi nam samodyscyplinę. Jesteśmy na urlopie, na zegarki nie patrzymy zbyt często, więc standardowe podejście do tematu nam nie pomorze. Robimy burzę mózgów i tworzymy naszą własną oś czasu. Punktem odniesienia będzie dzisiejsze śniadanie. Na śniadanie zrobiliśmy sobie makaron z twarogiem. Dzisiejszy dzień, będzie więc dniem makaronu. No dobrze, ale czy kolejne dni to będą kolejne dni po dniu makaronu, czy otrzymają nowe, własne nazwy: dzień jajek, dzień twarogu, dzień szynki … A jeśli główny składnik śniadania się powtórzy, to co, będzie 3 dzień twarogu po 4 dniu szynki?
       W końcu udaje się nam wygrzebać z domowych pieleszy i wyruszamy na podbój Lofotów. Jedziemy do najbliższego miasteczka, Leknes, uzupełnić zapasy chleba, w końcu zdobywcy też muszą coś jeść. Przy okazji, poszukamy jakiejś mapy turystycznej. Leknes w niedzielne południe przypomina miasteczko z westernów przed ostateczną rozprawą. Nieliczne sylwetki pojawiają się to tu, to tam, a wiatr podrywa kurz z drogi. Nie ma tu drzew, krajobraz raczej pustynny. Dwie główne ulice, krzyżujące się w pewnym momencie. Większość sklepów zamknięta, ale udaje się znaleźć coś czynnego i kupić chleb. A jakaś informacja turystyczna? Zgodnie z przewodnikiem powinna gdzieś tu być i do tego powinna być otwarta. Rozglądamy się dookoła. Nic nie możemy znaleźć. Pytamy kogoś, ale niewiele nam pomaga. Jest jakieś centrum handlowe. Główne wejście zamknięte, ale my idziemy od tyłu. Bingo, jedne drzwi są otwarte. Wchodzimy ośrodka i widzimy coś w rodzaju recepcji. Pytamy o informację turystyczną. „To tu. W czym mogę pomóc?” – mówi nam młoda dama,  jedyna osoba, która się tam znajduje. Oczywiście są też i mapy. Nawet bardzo ciekawe, ale jedna taka mapa kosztuje 150 NKr, a aby mieć komplet map turystycznych Lofotów, trzeba by zakupić cztery mapy – 600 NKr. Zaczynam wymiękać. Najpierw ceny w markecie: 30 NKr za chleb, 15 NKr za kg ziemniaków, 240 NKr za cztery kotlety, a teraz te mapy. Jak dobrze, że zabraliśmy ze sobą te tony żywności. Ruszamy dalej, wszak dzisiaj naszym głównym celem jest wioska Å i punkt widokowy na morze w kierunku zachodu-wschodu Słońca. Mój entuzjazm został nieco przytemperowany.



       Jazda po Lofotach to wielka frajda. Drogi są kręte, albo nad jakąś wodą, albo pod jakąś wielką górą, albo jedno i drugie, albo tunelem. A barwy wody? Niesłychane, od jasnego turkusu po ciemny atrament. Jest na co patrzeć. Zaczynamy, podobnie jak inni turyści zatrzymywać się co jakiś czas przy drodze i robimy kolejne zdjęcia. Trafiamy na jakąś wioskę położoną na zatoką. Wygląda jak te wioski z folderów reklamowych: kolorowo, malowniczo, domy na palach, suszące się rybie łby, pełno łodzi rybackich.
       Docieramy do końca drogi, czyli jesteśmy w Å. To raczej niewielka wioska ze sporym parkingiem, na którym dominują kampery. W zasadzie nic tu niema. Przesadziłem, jest spory sklep z pamiątkami i toalety. Sklepy zaczynają na nas działać jak paralizatory elektryczne. Jak się zbyt blisko zbliżymy to kopią. Z naszych informacji wynika jednak, że z tego miejsca prowadzi szlak do punktu widokowego, z którego widać otwarte morze w kierunku zachodzącego-niezachodzącego Słońca. A to  przecież miał być główny cel dzisiejszej wycieczki. Trochę dziwnie się ten szlak zaczyna, nie ma żadnego kierunkowskazu, żadnej informacji o czasie bądź odległości. Gdzie te tysiące kilometrów wytyczonych szlaków o których czytałem w przewodniku? Jednak jak przystało na doświadczonych wędrowców nie poddajemy się i szybko odnajdujemy właściwy kierunek, przynajmniej tak nam się wydaje. Przechodzimy prze niewielki tunel, wychodzimy na skraj wioski, mijamy kolejne śmierdzące, suszące się na słońcu rybie łby i kierujemy się wzdłuż malowniczego jeziora otoczonego górami. Niczym indiańscy tropiciele wypatrujemy ścieżek. Raz jest jedna, innym razem kilka a jeszcze innym razem nie ma żadnej. Bez względu jednak na to ile jest ścieżek, nie ma jakiegokolwiek oznakowania. Od czasu do czasu natrafiamy na innych zabłąkanych turystów, co jest niewątpliwym dowodem, że jednak jesteśmy na jakimś szlaku, tyle, że nie wiadomo na jakim. 




Dodatkowo, o tym że znajdujemy się na jakimś szlaku utwierdza nas obecność kolejnych łańcuchów, ułatwiających wspinanie się na kolejne skałki. Są też momenty zwątpienia, gdy przedzieramy się przez bagniska. Jeden nieostrożny ruch i jesteśmy po kolana w błocie. Dochodzimy do końca jeziora. „Szlak” jest bardzo ładny. Natrafiamy na jakieś dwa namioty na brzegiem. Twardziele, dzisiaj co prawda jest nie najgorsza pogoda, ale raczej nie zbyt ciepło, a woda w strumieniach i jeziorze jest wprost lodowata. Nigdzie nie widać żadnych schronisk. Z resztą, kto by chciał w nich cokolwiek kupować? Już wyobrażam sobie ceny w takich schroniskach: gorąca herbata – 1000 koron, szarlotka  - 5000 koron, rum do herbaty 10 000 koron.



       Dojście do końca jeziora, to jednak nie koniec naszej wycieczki. Chcemy zobaczyć morze, które zasłonięte jest górami. Do tej pory szliśmy w miarę równym terenem, tylko nieznacznie się wznoszącym. Zajęło to nam ok. 2,5 godziny. Teraz przed nami strome podejście pod górę. Tak na oko licząc pewnie też 2 – 2,5 godziny. Niestety nie spodziewaliśmy się, że ten szlak będzie aż taki długi. Nie jesteśmy zaopatrzeni ani w odpowiedni zapas wody ani jedzenia. Morale zaczyna słabnąć. Ścieżki stają się coraz węższe, coraz słabiej widoczne. Pewnie niewiele osób decyduje się wchodzić na tę górę. A do tego nie widać celu. To zawsze wpływa destrukcyjnie. Nie widzisz celu, nie znasz choćby przybliżonej odległości, trudno więc zmusić się do dodatkowego wysiłku. Podchodzimy jeszcze trochę do góry. Ścieżki stają się już bardzo umowne. Po prostu idzie się pod górę i szuka przejść między krzakami, albo między skałami. Jedynym drogowskazem jest ogólnie przyjęty kierunek. Postanawiamy się jednak poddać i wycofać.

       W drodze powrotnej zastanawiamy się nad organizacją turystyki  w Norwegii i nad podejściem Norwegów do zagranicznych turystów. Jeżeli są bardzo bogaci, poruszają się kamperami i nic więcej nie chcą, czyli tak jak większość Norwegów, to jest o.k. Norwegia i Norwegowie są sami w sobie tacy wspaniali, że turyści mają tylko podziwiać i płacić. Poza tym nic więcej im się nie należy.  



czwartek, 12 lipca 2012

Wyprawa na Lofoty – Borge



Żegnamy Bodo



Dzień czwarty – dojeżdżamy do celu.

Nawet ja, stary śpioch, nie miałem problemu z porannym wstawaniem. Która godzina by nie była, zawsze był dzień. Wstałem więc sobie, zanim jeszcze inni rześko wyskoczyli z koi i powędrowałem po chleb. W bezpośrednim sąsiedztwie żadnego sklepu spożywczego nie było, a ja myślałem, że kupię moim kompanom świeży chleb w piekarni. Znalazłem niebawem jakieś centrum handlowe, ale byłem pół godziny przed otwarciem pierwszego z otwieranych sklepów. To nie Polska. Pierwszy sklep jest otwierany o godzinie 9. Chcąc nie chcąc idę na krótki spacer po mieście. Przechodzę obok muzeum lotnictwa, podobno to spora atrakcja, niestety nie mamy czasu aby tu pozostać dłużej i sprawdzić czy faktycznie tak jest. W końcu otwierają sklep, robie zakupy. Cóż za radość kupić bochenek chleba za jedyne 26-28 NKr.

Śniadanie upływa na w błogiej atmosferze. Pogoda jest nie najgorsza, może niezbyt ciepło, humory jednak dopisują. Kolejne samoloty przelatują nam nad głowami. Upychamy nasze tobołki i … i nie możemy ruszyć. No tak, od początku podróży ani na moment nie wyłączyłem lodówki a do tego w czasie ostatniego postoju cały czas ładował się jakiś telefon. W końcu akumulator pokazał nam gest Kozakiewicza i odwrócił się do nas tyłem. Pamiętacie syrenki, trabanty i inne takie, zapalanie ich na pych nie było niczym niezwykłym. Tyle, że tym razem mamy do czynienia z autem, które waży prawie 1400 kg, jest wypchane po dach, a do tego to diesel. Nie będzie lekko. Kiedy rozpoczynaliśmy nasze zmagania, akurat obok przechodziła nasza zaprzyjaźniona recepcjonistka i zaoferowała się, że zapyta swojego szefa, czy jakoś nie może nam pomóc. Super! Najpierw pan Norweg pyta czy mamy startkable. No, nie mamy. Ostatni raz woziłem je ze sobą, kiedy miałem dużego fiata. Z różnych zakątków kampingu obserwuje nas parę osób w wyraźnym zainteresowaniem. Co też zrobią te śmieszne Polaczki? Uda im się, czy nie uda? Chwila zastanowienia i nasz Norweg błysnął prawdziwym geniuszem. Pokazał nam, w którą stronę mamy pchać auto, aby było z górki! No, po prostu rewelacja! Na szczęście nasza czwórka jest silna i zwarta i w końcu udaje nam się uruchomić naszego Touranika.

W czasie zmagań z zapłonem nikt nie patrzył na zegarek. A tu się okazało, że zajęło nam to znacznie więcej czasu niż nam się wydawało. Nagle okazało się, że mamy niewiele czasu do odejścia promu. Ruszamy więc żwawo, a tu się okazuje, że droga pokazywana przez nawigację właśnie jest w przebudowie i nie ma nią przejazdu, a jakoś tak dziwnie się składa, że nie znam zbyt dobrze Bodö. Mimo wszystko docieramy na przystań promową przed promem. Jest tu już całkiem sporo różnych pojazdów. Robi się trochę gorąco. Z niepokojem obserwuję chłopaka, który sprzedaje bilety. Bardzo długo do nas nie podchodzi. W końcu jest, kasuje swoje drobne 1180 NKr. Skoro kasuje to znaczy, że się załapiemy. Okazuje się, że jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy mieszczą się na promie. Przyznaję, że gdy wreszcie wjechaliśmy na pokład poczułem sporą ulgę. Było trochę emocji, bo promy z Bodö do Moskenes nie kursują zbyt często. Skoro wszystko skończyło się szczęśliwie, to ruszamy do baru. Aha, aha. Spokojnie, luzik. Jesteśmy w Norwegii. Poprzestajemy na kawie, paskudnej skandynawskiej przelewajce, za 27 NKr za kubeczek. Zaczynam tęsknić za Włochami, gdzie za 1,5 Euro można napić się pysznej espresso. Zderzenie z cenami norweskimi jest bardzo mocne. Odpuszczamy konsumpcję. Książki zostawiliśmy w samochodzie. Plener fotograficzny też już się skończył. Co robić, podróż z Bodö do Moskenes trwa około 3,5 godziny. Niespodziewanie z pomocą przychodzą nam telefony komórkowe. W każdym są jakieś gry. Więc jak szalone małolaty wpatrujemy się w maleńkie ekraniki i przebieramy kciukami.


Zbliżamy się do Lofotów

Docieramy do Moskenes. Już samo podejście do portu sprawia, że jest się zauroczonym widokiem. Zupełnie fantastyczny krajobraz gór schodzących wprost do morza. Już na starcie jest pięknie. 


Widok na Moskenes

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i docieramy do Borge. Do oznaczeń miejscowości i ulic w Norwegii trzeba się przyzwyczaić. Są inne niż te, które znamy z Polski, czy choćby z Niemiec. No, ale o to, to raczej trudno mieć jakieś pretensje. Sprawia to jednak, że nie za pierwszym razem trafiamy na Bjørnsand, gdzie jest nasz domek. Na szczęście pamiętamy ze zdjęć jak on wygląda i bez trudu go namierzamy. Wjeżdżamy w końcu na właściwą drogę, ot tak sobie polna, szutrowa droga. I nagle stop. To droga prywatna i trzeba wrzucić do puszki 20 NKr za przejazd.

Docieramy do celu, kilkanaście minut później przybywają gospodarze, z którymi wcześniej kontaktowaliśmy się telefonicznie. Dwoje sympatycznych, starszych ludzi. Przekazanie domku przebiega szybko i sprawnie, bez zbędnych formalności. Jedynie wpłacone przeze mnie pieniądze: kaucja 900 NKr i 1100 NKr za końcowe sprzątanie odnotowują skrupulatnie i zostawiają nam pokwitowanie. I jeszcze miła informacja, za przejazd prywatną drogą, jako mieszkańcy tego domku, nie musimy płacić.


Nasza baza na najbliższy tydzień

Dom wewnątrz jest zdecydowanie sympatyczniejszy niż można by się spodziewać po jego wyglądzie zewnętrznym. Na dole kuchnia i salon, u góry trzy sypialnie. Gospodarz mówi, że jeśli będziemy mieli ochotę, to możemy rozpalić kozę stojącą w kuchni. W środku lata rozpalać kozę? To chyba przesada. Na pewno zaś przesadą było powiedzenie, że u góry są trzy sypialnie. Owszem, są trzy pomieszczenia. Jedna sypialnia, z porządnym podwójnym łożem i dwa niewielkie pokoiki nadające się na sypialnie dla dzieci. Magda i Witek byli na tyle uprzejmi, że sami zadeklarowali, że będą spali w jednym z tych małych pokoi. Oczywiście dokonaliśmy całkowitego przemeblowania, aby choć w niewielkim stopniu to coś mogło być namiastką normalnej sypialni dla dwojga dorosłych ludzi.



Nasza plaża

Pożegnaliśmy gospodarzy, zagospodarowaliśmy się, zjedliśmy pierwszy posiłek w nowym miejscu, a tu ciągle widno. Nie ma innej rady, tylko trzeba się gdzieś przejść. Ze wstępnego rozpoznania wynika, że gdzieś niedaleko powinien być cypel wyspy, z którego będzie można obserwować Słońce wędrujące nad linią horyzontu. Wyruszamy więc w drogę. Najpierw piękna plaża w zatoczce (jaka szkoda, że jest tak zimno), później jakieś dziwne ogrodzenie, przez które po prostu przechodzimy i gigantyczne rumowisko skalne. Skaczemy z kamienia na kamień podążając za Słońcem. Wciąż jednak nie widać ani końca rumowiska ani naszego cypla obserwacyjnego. Gdzieś koło północy dajemy za wygraną i zawracamy. Niestety, nie jesteśmy prawdziwymi twardzielami. Koło pierwszej wracamy do naszego domu. Można by położyć się spać. Przynajmniej tak podpowiada rozsądek. Tymczasem wciąż jest zupełnie widno. Zakładamy na okna koce. Postanowiliśmy, że pora spać, więc pora i koniec!


wtorek, 10 lipca 2012

Wyprawa na Lofoty – Bodö





Dzień trzeci – Wjeżdżamy do Norwegii – Bodö

       I znowu piękny poranek, i znowu ciężko się zebrać do drogi. Zupełnie inaczej wygląda to na papierze, kiedy zlicza się kolejne setki kilometrów, a zupełnie inaczej, gdy trzeba odsiedzieć w samochodzie kolejny dzień, gdy na siedzeniach pojawiają się odciski. Świecące Słońce ma jednak zbawienny wpływ, dodaje nam energii by wyruszyć w dalszą drogę. Do tego ciekawe otoczenie dróg a i na samych drogach też można poczynić różne interesujące obserwacje. Zaskoczyła nas np. bardzo duża ilość jeżdżących starych amerykańskich krążowników szos. Takich ogromnych z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych z mnóstwem chromu i wielkimi skrzydłami. Pojawiały się też modele nieco starsze i nieco młodsze. Niektóre były tak dopieszczone, że można było się w nie zapatrzyć i spowodować wypadek. Osobiście nie jestem miłośnikiem tego typu pojazdów. Zalatuje mi to szpanerstwem i tandetą. Z drugiej jednak strony jest coś fajnego w tym, że tak wielu ludzi ma jakąś „korbę”. Świat jest przez to piękniejszy, bardziej kolorowy. A przy tym ciekawe zjawisko socjologiczne. Ci bogaci Szwedzi, którym niczego nie brakuje, mający swoje doskonałe samochody, chcąc się wyróżnić, może coś zademonstrować, może wyrazić jakieś skrywane emocje przesiadają się do tych kiczowatych pojazdów. Coś jednak w tym jest. My, póki co, mamy swojego VW Tourana, którym wciąż mkniemy w siną dal z prędkością dochodzącą momentami do 110 km/h.
       Mknąć to my sobie możemy po autostradzie, ale gdy tylko ona się kończy, ograniczenia prędkości skutecznie nas wyhamowują. To takie szybkie przebieranie nogami, ale w powietrzu, bo jakiś olbrzym trzyma nas za szelki i jesteśmy kompletnie bezradni. Wymyśliłem sobie, że w pewnym momencie zjedziemy z drogi E 04 na drogę 95, już bez literki E. Droga ta literki co prawda nie ma, ale prowadzi w najkrótszy możliwy sposób, prawie prosto, do Bodö, gdzie chcieliśmy tego dnia dojechać. Przy okazji mogliśmy przekonać się, że jeszcze nie wszystko jest w Szwecji takie idealne na drogach. Ciężko było zauważyć, w którym momencie jest ten zjazd. Ten element oznakowania zdecydowanie lepiej oznakowany jest w Niemczech i Danii.
       Odległości w Skandynawii są całkiem spore, więc i paliwa też potrzeba odpowiednio dużo. O ile przy trasie E 04 nie brakuje stacji paliwowych, to po zjechaniu na drogę nr 95 szybko się zorientowaliśmy, że tu nie ma co specjalnie liczyć na mnogość lśniących z daleka paliwodajni różnych znanych marek. A w baku robi się coraz bardziej sucho. W kolejne osadzie zauważam znak, który prawdopodobnie oznacza stację paliwową, ale takowej nigdzie nie zauważam. Nie chce mi się zawracać, jedziemy dalej. Przecież przejechaliśmy po tej drodze już tyle kilometrów, że w końcu coś musi być. Wskazówka od paliwa niebezpiecznie blisko zera, sygnalizacja rezerwy już od jakiegoś czasu. Dojeżdżamy do kolejnej wioski i ku mojej radości widzę strzałkę kierującą do stacji Shell, co raduje mnie podwójnie. Uzupełnię paliwo a do tego zapłacę kartą euroshell co jest dla mnie wygodne. Tyle, że strzałka była, a stacji jakoś nie widać. Tym razem jednak nie odpuszczam, bo nie mam wyboru. Jadę w kierunku wskazanym przez strzałkę i w końcu na jakimś wielkim placu, ze żwirową nawierzchnią, który wygląda jak wielki skład tarcicy albo węgla znajduję jeden dystrybutor z czytnikiem kart a przy nim jeden niewielki zbiornik z olejem napędowym. Ot i cała stacja. Oczywiście w pobliżu nie ma żywego ducha. Zaczynam wczytywać się w instrukcję obsługi i ku mojemu zdumieniu czytam: włóż do czytnika kartę euroshell … No nie możliwe, patrząc na to z daleka, w życiu bym nie uwierzył, że jakoś tu zatankujemy, a do tego zapłacę euroshellem.  To jest dopiero doświadczenie. A przy okazji, może i w tej poprzedniej wiosce była taka „stacja”, tylko na nią nie zwróciliśmy uwagi, szukając czegoś, co przypominałoby te stacje, jakie znamy z Polski.
       Przy okazji tankowania nieco odsapnęliśmy. W wiosce było też prawdziwe centrum handlowe, więc je przez chwilę pozwiedzaliśmy. Zwiedziliśmy też toaletę w tym centrum i podwójnie zrelaksowani mogliśmy ruszyć dalej. Ponieważ przestało nas niepokoić widmo pchania przez sto kilometrów, wypchanego po dach Tourana, mogliśmy znowu powrócić do delektowania się widokiem za oknami. A było na czym oko zahaczyć. Już nie było drzew jakie znamy z naszych lasów. Wszystko jakoś zmalało. Drzewa jakieś takie delikatne, wiotkie. Sporo wilgoci. A w tle ośnieżone góry. Już na pierwszy rzut oka widać, że wiosna zawitała tu całkiem niedawno, zieleń dopiero się rozwija. Zrobiło się jakoś bardziej surowo. Patrzymy na to wszystko, zafascynowani innością. Zatrzymujemy się by zrobić kilka zdjęć. Schodzę z nasypu, którym biegnie droga, mijam kilka krzaków i wychodzę nad niewielką rzekę a po drugiej stronie rzeki … łosie. Trochę zaskoczyło mnie to spotkanie. Tak, tak, czytałem że tutaj tak jest, ale znowu przekonałem się, że doświadczenie czegoś osobiście to coś zupełnie innego niż czytanie o tym lub oglądanie w telewizji. Nacieszyliśmy się tym widokiem i ruszyliśmy dalej. 


Ale niebawem znowu łosie, tylko, że tym razem na drodze. Kompletnie nic sobie nie robią z naszej obecności. Właśnie postanowiły w tym miejscu przejść przez drogę i już. Ależ ożywienie w samochodzie. Zatrzymałem się, zrobiłem kilka zdjęć przez otwarte okno i gdy tylko stado opuściło drogę, pojechaliśmy dalej. Ale znowu niespodzianka. Tym razem drogę zatarasowały renifery. Znowu stop, znowu kilka zdjęć przez okno i dalej w drogę. Ależ to jest niesamowite, mieć na wyciągnięcie ręki te wspaniałe zwierzaki.


       Widoki widokami, ale od czasu do czasu trzeba coś zjeść. Jechaliśmy przez tereny dosyć mokre, nie było zbyt wiele odpowiednich miejsc na piknik, ale w końcu coś się znalazło. Okazało się, że to kamping. Kilka miejsc dla kamperów i jedna chata. I do tego instrukcja samoobsługi z numerem telefonu do jakiegoś opiekuna. Biwakować nie zamierzaliśmy, ale obiad zjedliśmy tam z prawdziwą przyjemnością, mimo wyraźnego ochłodzenia.

Camping z jedną chatą. 
       Jadąc naszą drogą nr 95 natrafiliśmy na jej remontowany fragment o długości kilkudziesięciu kilometrów. Wyglądało to dosyć interesująco, by nie powiedzieć, że wręcz zagadkowo. Otóż betonowa wierzchnia warstwa, na całej szerokości została zamieniona w swego rodzaju szutrowisko i to z dosyć dużymi kamieniami. Ciekawe wrażenie jechać przez dłuższy czas po czymś takim. Oczywiście były znaki ograniczające prędkość do 30 km/h. Jechało przede mną kilka aut osobowych. Natychmiast wszyscy zwolnili i grzecznie ustawili się w sznureczku. W pewnym momencie dostrzegłem w lusterku doganiającą nasz konwój ciężarówkę.Kierowca tejże ciężarówki, jak tylko zobaczył, że nic nie jedzie z naprzeciwka, natychmiast przyspieszył i zaczął wyprzedzać wszystkich za jednym zamachem, rozpędzając się przy tym do stosunkowo dużej prędkości. Nastąpiła prawdziwa kanonada kamieni wystrzeliwanych spod kół ciężarówki tego idioty. Wyprzedzany konwój natychmiast stanął prawie w miejscu chcąc przepuścić szalonego tirowca. Na szczęście uniknąłem jakichkolwiek uszkodzeń a i inni też chyba wyszli bez poważniejszego szwanku. A mówią, że polscy kierowcy są nienormalni.
       Droga wspina się coraz wyżej. Przepiękne górskie krajobrazy. Prawie nie ma ruchu, żadnych budynków. Jest cudownie. Jedziemy prawdziwą górską trasą. W ten sposób docieramy do granicy szwedzko-norweskiej. Na granicy nie ma nikogo, tylko ograniczenia prędkości.  Jak na razie to tylko one świadczą o tym, że już nie jesteśmy w Szwecji. Władze Norwegii jeszcze mniej mają zaufania do umiejętności i rozsądku kierowców, więc najczęściej jeździ się po Norwegii z prędkością do 60 lub do 80 km/h. Dużo się nasłuchałem i naczytałem o wysokości mandatów w Norwegii, więc bardzo starałem się stosować do podawanych ograniczeń. Szybko się jednak okazało, że sami Norwegowie mają znacznie mniej szacunku do swoich przepisów drogowych i co chwilę byłem przez kogoś wyprzedzany. Postanowiłem się jednak nie dać sprowokować. Nie zarabiam tyle co miejscowi. A może to była wręcz prowokacja? Miejscowa policja zauważyła Polaka i natychmiast wysłała swoich tajnych agentów do przeprowadzenia swego rodzaju „zakupu kontrolowanego”, ale ja się nie dałem, byłem twardy.
       I tak, opierając się norweskim prowokatorom dojechałem w końcu Bodö, naszej bramy do Lofotów. Tu mieliśmy spędzić noc w oczekiwaniu na jutrzejszy prom. Pierwsza próba znalezienia kampingu była nieudana. Owszem była strzałka, ale tylko jedna na początku, bez żadnej informacji o odległości. Pytaliśmy więc po drodze różnych ludzi o ten kamping, ale nikt nie potrafił nam powiedzieć gdzie on jest. Nieco rozczarowani zawróciliśmy do Bodö, gdzie miał być kamping w samym mieście. Tym razem się udało. Kamping raczej niezbyt atrakcyjny, kawał pola, kilka chatek i tyle. A i lotnisko za płotem, na szczęście nie jest to specjalnie wielki port lotniczy. Latają z niego samoloty na Lofoty.  Ceny na kampingu dosyć znacząco odbiegają od tych, które można znaleźć w przewodnikach dostępnych w Polsce. Wzięliśmy najmniejszy domek, za który zapłaciliśmy  370 NKr, co jak na tutejsze warunki i tak było niedrogo. W recepcji po przywitaniu, zaczęliśmy tradycyjnie, że we are loocking  smol … itd. Na co pani w recepcji odpowiedziała, że tak, mają takie coś i zapytała Where are you from? Na co mój przyjaciel,  rozemocjonowany rozmową po angielsku, odpowiedział: Haw much … I zrobiło się wesoło. Okazało się, że pani była z Polski, więc dokończyliśmy rozmowę w naszym ojczystym języku.

Camping w Bodo - godzina 22.
       Coraz zimniej. Kolację jemy już w domku. Z resztą i tak nie ma warunków na zewnątrz aby się rozłożyć z kolacją. Jakiś czas po północy, staliśmy przed domkiem i rozglądaliśmy się po niezbyt ciekawej okolicy. Jedynie górzyste wyspy niedaleko od brzegu urozmaicały krajobraz. W pewnym momencie ktoś mnie zapytał: „Widzisz gdzie jest Słońce?” Akurat tak stałem obrócony, że miałem je dokładnie na wprost przede mną, więc odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, choć nie całkiem w zgodzenie z intencjami pytającego, że „nie widzę, bo mnie Słońce oślepia”. Kolejna całkowicie biała noc przed nami..  


niedziela, 8 lipca 2012

Wyprawa na Lofoty 2


Dzień drugi – do Lufta Camping
       Pobudka na kampingu Vätterledens Camping był bardzo sympatyczny. Słoneczny poranek, lekka rosa na trawie, wiewiórka na najbliższym krzaku i atmosfera sielskich wakacji. Nic dziwnego, że budziliśmy się powoli. W końcu jakoś się zebraliśmy i zaczęliśmy szykować śniadanie. Oczywiście śniadanie na dworze, bo czy w takiej sytuacji mogłoby być coś milszego?
       Śniadanie było już w zasadzie gotowe, gdy Witek chciał coś uwiecznić aparatem. Padło więc pytanie: gdzie mój aparat? W takim rozgardiaszu nie trudno coś tak położyć, że potem i przez godzinę można szukać bezskutecznie. Zaczęliśmy więc szukać Witkowego Nikona. Wydaje się wręcz niemożliwe, aby w takim maleńkim domku tak schować, niemałą przecież lustrzankę, aby nie można było jej znaleźć. Zaczęliśmy się nawet zachowywać nieco irracjonalnie i szukaliśmy aparatu dookoła domu. Może wieczorem Witek zostawił go gdzieś koło chatki. Niestety aparatu nigdzie nie było. Jeszcze raz odtwarzamy przebieg wczorajszego wieczoru. Niemal na 100 % jesteśmy pewni, że aparat leżał w środku na stoliku. No tak, a stolik jest tuż przy oknie, które było otwarte przez całą noc. Zdaje się, że w Szwecji też kradną!  Magda z Witkiem poszli do recepcji, aby poinformować o tym nieprzyjemnym zdarzeniu. Warto ostrzegać innych turystów. Okazało się jednak, że o tej porze, jeszcze nikogo tam nie było. Nie pozostało nam nic innego jak się zapakować i jechać dalej.
       Jedziemy drogą E04 w kierunku Sztokholmu. Jakież miłe zaskoczenie. Planując podróż wybrałem tę drogę bo miała być najszybsza. Nie liczyłem natomiast na żadne doznania estetyczne. Spodziewałem się raczej nudnego porządku, jaki znam z południowej Szwecji i oczywiście doskonałej drogi. Tym czasem jechaliśmy przez cudowne tereny pełne lasów i jezior, momentami pojawiały się też jakieś górki. Nie mogliśmy wprost nacieszyć się tymi krajobrazami. I tak, prawie do samego Sztokholmu. A stolica to stolica. Duże miasto, pełno samochodów, główna droga w przebudowie. No po prostu kiszka. Po tych kilkuset kilometrach sielanki tym bardziej nieprzyjemnie. Przebijamy się w końcu przez aglomerację, odjeżdżamy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i zatrzymujemy się na rastplats MOZA STENAR niedaleko Uppsali. Kolejne fajne miejsce, gdzie można odetchnąć. Wyciągamy naszą kuchenkę turystyczną i jedno z wielu dań przygotowanych w domu i nieśpiesznie biwakujemy. To działa jak narkotyk. Moglibyśmy już dalej nie jechać, tu jest tak przyjemnie. Trzeba jednak jechać, nie mamy co prawda dokładnego planu kilometrowego, ale jutro wieczorem chcielibyśmy dotrzeć do Bodö w Norwegi skąd odpływa prom Na Lofoty, a to jeszcze bardzo daleko.

Przydrożny parking MOZA STENAR
       Trochę się jednak zagalopowaliśmy  w tej jeździe „byle dalej, byle dalej, byle dalej”. Zrobiło się już trochę późno, prawie 21, a jak mogliśmy się już przekonać recepcje kampingów nie pracują tu całodobowo. Udało nam się, chwilę po dziewiątej dodzwonić do Lufta Camping koło Ånäset. Pan z absolutną obojętnością poinformował nas, że mają wolne chaty i jeśli zdążymy do 22 to proszę bardzo. Udało się !!! Byliśmy nawet za dziesięć dziesiąta. Na Lufta Camping są 23 domki i atrakcje w postaci basenu i minigolfa. Tym razem cena nieco wyższa, 380 SKr, ale domek większy, dużo wyższy standard sanitariatów, a i sam kamping bardzo ładny. Świetne miejsce.
       Kiedy już załatwiliśmy formalności i dotarliśmy do naszego domku mogliśmy wreszcie się odprężyć. Jednak troszkę emocji było, zdążymy czy nie zdążymy. A teraz spokojnie toaleta, kolacyjka, napoje rozweselające. I nagle ktoś z nas zauważył, że jest już za piętnaście jedenasta a jest całkiem widno! No tak jesteśmy już wysoko na północy. Mamy białe noce.

Fragment Lufta Camping

Wyprawa na Lofoty.


Dzień pierwszy – do Jönköping

       Wyruszamy w podróż na Lofoty. Ileś tam miesięcy temu, moja żonka wypowiedziała życzenie, że chciałaby zobaczyć jak w rzeczywistości wyglądają białe noce. Skoro tak, to nie ma innego wyjścia jak tylko pojechać na północ Norwegii i to obejrzeć. Do współudziału w wyprawie zaprosiliśmy naszych przyjaciół: Magdę i Witka. Zaczęliśmy przygotowania od rezerwacji domku przez Casamundo, oczywiście  z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Znaleźliśmy domek w całkiem przystępnej cenie, niespełna 2200 zł za tydzień.  Potem były przygotowania teoretyczne i logistyczne. Z tego co przeczytaliśmy, jednoznacznie wynikało, że Norwegia nie należy do zbyt tanich krajów. Zabraliśmy więc zapas żywności i różnej maści trunków rozweselających na całą dwutygodniową wyprawę. Przeglądając Internet doszliśmy też do wniosku, że i noclegi na trasie nie są odpowiednie do naszych zasobów, więc postanowiliśmy, że będziemy nocować w namiotach. W bagażu znalazły się więc również śpiwory i karimaty.
       Jako się rzekło, zaprowiantowanie i wyposażenie na podróż mieliśmy nader obfite, nasz Touranik był wypchany po dach. Pierwsza część podróży była dziwna ze względu na huśtawkę nastrojów. Ciężkie, deszczowe chmury, coś tam z nich pada. Ogólnie szaro i buro a my zaczynamy nasz wymarzony urlop. Z drugiej jednak strony ogromne podniecenie spowodowane rozpoczynającą się podróżą. To drugie szybko jednak zdominowało nasze usposobienie. W tym momencie, gdyby nawet ktoś bardzo chciał nas zniechęcić do wyjazdu, to z całą pewnością by mu się to nie udało. Teraz wszystko już było tylko na tak. I słusznie, bo i pogoda wkrótce zaczęła się poprawiać. Atmosfera w samochodzie była taka, że przegapiłem zjazd z A 20 w kierunku na Sassnitz. Zorientowałem się w sytuacji widząc za oknami znajome tereny pod Rostockiem. Procesory w mózgownicy wskoczyły na najwyższe obroty. Jesteśmy pod Rostokiem. Można więc skorzystać z przeprawy promowej Rostock-Gedser i później przeskoczyć do Szwecji albo mostem w kierunku Malmo albo promem z Helsingör do Helsingborg. Przejazd mostem zaplanowałem  jednak w drodze powrotnej, ponieważ chciałem odwiedzić cioteczkę mieszkającą niedaleko Malmo. A jak to wyjdzie czasowo z tą przeprawą H-H? Zyskamy czy stracimy? Rzut oka na zegarek. Nie, te rozważania nie mają sensu. Do odejścia promu z Rostocku pozostało ok. 20 minut a my mieliśmy jeszcze ponad 20 km do przeprawy. Nie było też gwarancji, że jeśli nawet przyjedziemy pięć minut przed czasem, to czy będzie jeszcze dla nas miejsce na promie. Odpuszczamy. Zawracamy i jedziemy, tak jak planowaliśmy, do Sassnitz skąd popłyniemy do Trelleborga. Prom jest o 12.45 więc nie powinno być problemów z dotarciem odpowiednio wcześniej.
       Oj! Naiwny, naiwny. Na Rugii droga prowadząca do Sassnitz w pewnym momencie dość radykalnie się zwęża. Z typowej porządnej, niemieckiej drogi dwupasmowej, zamienia się dróżkę osiedlową z permanentnymi ograniczeniami prędkości i co oczywiste, biorąc pod uwagę znaczenie tej drogi, uciążliwymi korkami. A czas sobie płynie. Stojąc w kolejnym korku obserwuję budowę nowej drogi prowadzącej do Sassnitz. Szkoda, że nie skończyli jej przed naszą podróżą. W pewnym momencie spostrzegam na murach otaczających budowę jakieś wielkie bazgroły. Zaczynam czytać i ogarnia mnie pusty śmiech. To jacyś szaleni ekoterroryści protestują przeciwko budowie tejże drogi nr 96. Goście chcą zawrócić Wisłę kijem. Jak na razie nie mamy dobrego pomysłu na zastąpienie transportu samochodowego jakimś innym. Każdy chce mieć własną furę i wozić się nią do kiosku za rogiem po papierosy. A do tego przecież, samochody stojące w korkach wypalają bezużytecznie tony paliwa, zwiększając tym jedynie zanieczyszczenie atmosfery, a nie przybliżając ludzi do celu ich podróży.
Sassnitz w Sassnitz
       W końcu jakoś przebiliśmy się przez korki, ale to nie był koniec nerwówki. Moje Mio najwyraźniej nie miało ochoty doprowadzić nas do przeprawy promowej. To, że często nie działa kalkulator pokazujący parametry przejazdu, to już mi przestało przeszkadzać. Widocznie ten model tak ma. Ale kiedy zaczynamy nie zgadzać się w kwestii kierunku jazdy, to już jest trochę niedobrze. Tym razem zawierzyłem znakom przy drodze i jak się okazało dobrze na tym wyszliśmy, bo wreszcie dojechaliśmy do bazy promowej. Wielkiego tłoku nie było. Zakupiliśmy za 139 Euro bilet i ustawiliśmy się w kolejce samochodów oczekujących na wjazd na prom. Rozładunki i załadunki promów przebiegają zazwyczaj bardzo sprawnie. Tak też i było tym razem, choć prom o nazwie Sassnitz, zarejestrowany w mieście o tej samej nazwie, charakteryzował się tym, że zarówno załadunek jak i wyładunek odbywały się na rufie, więc samochody znajdujące się na promie nieco krążyły.
Spotkanie na morzu.
        Wiele razy pływałem już różnymi promami. Za każdym razem jednak jest to samo, zaraz po wejściu na prom łapię za aparat i biegam jak szalony szukając ciekawych ujęć. Tym razem było jeszcze fajniej, bo miałem kompana do pstrykania. Witek również chciał wszystko uwiecznić swoim aparatem. Z tymi zdjęciami na promie jest jednak pewien problem, jak do tej pory nie udało mi się zrobić zdjęcia, które by mi się podobało. Kiedy już nieco osłabł nasz zapał fotograficzny przyszedł czas na piwo i kawę. No cóż, kawa na promie, to nie koniecznie jest to co miłośnicy kawy lubią najbardziej. To jest raczej jakiś napój kawopodobny, niekoniecznie smaczny, za to na pewno drogi, jak wszystko na promie. Czasy sklepów wolnocłowych na bałtyckich promach już dawno minęły.

Przed nami Trelleborg
       Docieramy do Trelleborga. Oznaczenie dogi wyjazdowej z portu nie było najlepsze. Nawigacja również nie połapała się w szwedzkich patentach drogowych. Jakoś jednak wyjechaliśmy na właściwą drogę i pomknęliśmy na północ. Trzeba przyznać, że jakość szwedzkich dróg w niczym nie ustępuje niemieckim, a rozwiązania zwiększające bezpieczeństwo ruchu są momentami jeszcze ciekawsze. Prawdziwa przyjemność z jazdy. Ale uwaga, tu jest na prawdę dużo policji. Ciekawy sposób jej działania mieliśmy okazję oglądać na jednym z postojów na uroczym parkingu przydrożnym, gdzie zrobiliśmy kolejny popas. Pan policjant na motorze co chwilę wyjeżdżał na autostradę na łowy, by po chwili wrócić kolejnym przyłapanym na nieprzestrzeganiu przepisów. A na parkingu były dwa samochody z paniami i panami policjantami, którzy bardzo troskliwie zajmowali się sprowadzonymi gośćmi. W pewnym momencie ustawiła się nawet kolejka chętnych do zasilenia budżetu Królestwa Szwecji. I co ciekawe, w czasie, gdy się temu przyglądałem, przyprowadzani byli sami Szwedzi. (?)
       Postoje, pikniki, bardzo przyjemna rzecz, ale my musimy jechać dalej. Przed nami jeszcze kawał drogi. Gdy zaczęło się ściemniać, zaczęliśmy rozglądać się za jakimś noclegiem. W okolicach Jönköping  wypatrzyliśmy camping, była już prawie 21. Kończył ciepły, pogodny dzień (mimo kiepskiego poranka), więc nawet przez myśl nam nie przeszło by zmieniać swoje plany noclegowe. Jak się okazało, na camping przybyliśmy w ostatniej chwili, bo recepcja jest tam zamykana właśnie o godzinie 21. Przyjął nas miły, młody człowiek, znacznie lepiej mówiący po angielsku od nas. Jakoś wytłumaczyliśmy mu, że chcielibyśmy rozbić dwa namioty, w których będą nocowały cztery osoby. Pan szybko podliczył i wyszło, że będzie nas to kosztować sporo ponad 400 SKr. Wyraz naszych twarzy musiał być bardzo wymowny, gdyż recepcjonista szybko zaczął nam wyjaśniacz, że można przenocować znacznie taniej. Wystarczy wynająć jedną z małych, jednak czteroosobowych, chatek. Koszt wynajmu, bez pościeli i sprzątania końcowego, to jedynie 300 SKr. O! Tak już lepiej. Co prawda sanitariaty były jeszcze częściowo w remoncie, ale i tak warunki były całkiem znośne. Chatka faktycznie malutka, jak bajkowy domek baby-jagi z piernika, ale my chcieliśmy po prostu przespać jedną noc i ruszać dalej.  Więc jak dla nas było to w zupełności wystarczające.
Małe autko, mały domek, wielka przygoda.
       Zadowoleni z przebiegu dnia i jego zakończenia, poszliśmy jeszcze na krótki spacer. Po drugiej stronie autostrady było piękne, wielkie jezioro Vättern, do którego chcieliśmy dojść. Niestety, okazało się, że w tej okolicy, nie ma dojścia do jeziora. Do domku wróciliśmy jednak zadowoleni i świetnie zrelaksowani. Na zakończenie tak udanego dnia usiedliśmy przed domkiem (w środku raczej byłoby to trudne) i delektowaliśmy się piwem. Och jak błogo. 
Kończymy pierwszy dzień podróży.

wtorek, 8 maja 2012

Nostalgiczne Fejø i Skalø


Port na Fejo

       Pamiętacie genialnego gangstera Egona Olsena, w jego kapelusiku, nerwowo przygryzającego cygaro? A dwóch jego strasznie groźnych kumpli: Bennego w przykrótkich spodniach i Kjelda z pięknie wypracowanym mięśniem piwnym? Przeważnie działali w Kopenhadze, ale czasami mieliśmy okazję oglądać ich gdzieś poza miastem. Już wtedy, pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych, nie trzeba było być specjalnie wnikliwym obserwatorem, by zauważyć, że Dania to Kopenhaga i reszta. Dzisiaj te dysproporcje są chyba jeszcze większe. Stolica to prawdziwa światowa metropolia ze swoim gwarem, szalonym tempem życia i biurowcami ze szkła i metalu, siedzibami wielkich koncernów. Gdy wyjedziemy za rogatki tego nader interesującego miasta, świat nagle zwalnia, jak przy zmianie obrotów talerza gramofonu.
        Kopenhaga ma potężną siłę przyciągania, przez co prowincja, szczególnie ta dalsza, w szybkim tempie się wyludnia. W Rødby i Rødby Havn, które są oddalone od Niemiec o niespełna pół godziny rejsu promem, gdzie ma być budowany tunel podmorski łączący wyspę Lolland z Niemcami, jest wystawione na sprzedaż mnóstwo domów po bardzo atrakcyjnych cenach, nawet jak na warunki polskie.  Co tam Lolland. Wyspa, i owszem ładna, z wieloma ciekawymi miejscami, ale połączona pięknym, nowoczesnym mostem z Zelandią, na której znajduje się Kopenhaga, z autostradami i lotniskiem. Nawet gdyby wybudowano w naszym kraju wszystkie zaplanowane na mistrzostwa Europy autostrady i ekspresówki to i tak nie osiągnęlibyśmy takiego nasycenia dróg autostradowych, jaki jest na Lolland. Wyruszamy zatem w poszukiwaniu prawdziwej prowincji na kolejną wyspę. O to, w Danii nie jest trudno, w części zasadniczej tego kraju jest ponad 400 wysp. Z każdej strony wyspa.
Dom na Skalo
        W bezpośrednim sąsiedztwie Lolland, od północy, są dwie „większe” wyspy: Fejø i Femø. A, tak przy okazji, to pokreślone „o”, oznacza właśnie wyspę. Inaczej mówiąc na północ od Lolland jest fejwyspa i i femwyspa, czy coś w tym rodzaju. Wybieramy Fejø, która połączona jest groblą z inną, jeszcze mniejszą, wyspą, ze Skalø. Fejø to ok. 16 km2 i ok. 600 mieszkańców, których liczba z roku na rok wciąż maleje. Kiedyś tych mieszkańców było ponad tysiąc. Są tu dwie wioski Vesterby i Østerby (w języku duńskim „by” oznacza miasto, ha, ha ha! Mamy więc zachodniemiasto i wschodniemiasto). A najwyższe wzniesienie na wyspie ma 13 m n.p.m. Natomiast Skalø to taka większa przybrzeżna piaszczysta łacha, nieco porośnięta i zamieszkiwana przez kilkanaście osób.
Przy grobli z Fejo na Skalo
       Gdy wjechaliśmy na niewielki prom, znowu przypomniał mi się film o Egonie i jego kompanach. Od razu mieliśmy okazję przekonać się, że znaleźliśmy się w innym, zdecydowanie wolniej żyjącym świecie. Prom już ruszał, zamknęły się bramy, gdy na przystani pojawił się jeszcze jeden samochód. Prom się zatrzymał, otworzono bramy i spóźnione auto mogło się z nami zabrać. I, co ważne, ten prom nie kursuje raz na kilka godzin.  On się kręci w tę i z powrotem, i w rezultacie odpływa z Kragenæs na Fejø co pół godziny. Ale cóż szkodzi zaczekać te dwie minuty.
Fragment mariny
       Nie byłbym sobą, gdybym nie odwiedził miejscowej mariny. Nie wiem ile jest w Danii przystani żeglarskich, ale jeśli tylko człowiek znajdzie się gdzieś na skraju lądu, to z całą pewnością, jeśli się dobrze rozejrzy, wypatrzy jakieś miejsce gdzie przycupnęły jachty i inne pływadełka, których jest tam bez liku. Przystań znajduje się w południowo-wschodniej części wyspy i jest naprawdę urocza. Oczywiście jest tam hafenmajester, jest biuro, są sanitariaty. Ale przede wszystkim jest przeuroczo. Nie ma tam dziesiątek hałaśliwych dyskotek i knajp nad brzegiem jak w portach greckich czy chorwackich, ale jest absolutna sielanka.
       Jadąc do mariny, mijamy po drodze inną atrakcję tej wyspy, odrestaurowany wiatrak. Wiatrak oczywiście można sobie pooglądać, warto. Jest w nim również butik ze swego rodzaju cepelią, a przede wszystkim z różnymi wyrobami z jabłek. Dżemy, musy, wina i co tam jeszcze. Bo Fejø to wyspa jabłek. Chyba jedyny rodzaj biznesu na wyspie. Ale jest to eksponowane tak, jak by chodziło o jakieś zupełnie niezwykłe bogactwo. Wyroby z jabłek, które są tu wytwarzane wg tradycyjnych receptur, prezentowane są niczym boska ambrozja. Niesamowite, jak przy odrobinie chęci i fantazji, można coś najzwyczajniejszego w świecie, przedstawić jako wykwintny rarytas. Tego możemy się od nich uczyć.


       Z wiatrakiem związana jest też inna historia, bardzo charakterystyczna dla Dani. Wielu Duńczyków, i tych bardzo zamożnych, i tych mniej zamożnych, podarowało lub zrobiło coś dla kraju lub lokalnej społeczności. Ot, choćby nowa opera w Kopenhadze, której fundatorem był zmarły właśnie A.P. Møller. Otóż, wiatrak na Fejø został wybudowany w 1905 roku przez Gerharda i Pouline Christensen. W 2001 potomek tych państwa, niejaki Karl Agner Kristensen, przekazał go społeczeństwu. Dokładnie tak, teraz wszyscy są właścicielami. Nie wiem czy Karl Agner zrobił to, bo już nie miał siły z powodu podeszłego wieku zajmować się zabytkowym obiektem, czy były inne powody. Faktem jest jednak to, że wspólnymi siłami, a pewnie i przy pomocy jakiś dotacji wiatrak pięknie odrestaurowano i udostępniono do oglądania. Okazuje się, że wcale nie musi tak być, jak to zwykle u nas się dzieje, że jak coś jest wspólne, to oznacza to, że jest niczyje i można to bezkarnie rozkraść. Do środka wchodzimy za darmo. Po schodkach wspinamy się po kolejnych kondygnacjach. Z góry możemy podziwiać panoramę okolicy. Jeśli uznamy, że nam się to podobało, to przy wyjściu stoi stara bańka na mleko, z wyciętym niewielkim otworem w deklu, gdzie możemy wrzucić parę koron na utrzymanie obiektu. Ja tak uczyniłem i to z wielkim przekonaniem.

W takich domach normalnie się mieszka.
       Na wyspie, tuż przy wjeździe na prom, żegnają nas dwa okazałe, rumiane jabłka. Żegna nas Fejø. Jak będziecie gdzieś w okolicy, zajrzyjcie tam, albo na jakąś inną małą wysepkę, gdzie pozostały resztki starej, dobrej Danii. Warto.   


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...