niedziela, 3 lipca 2011

JASKINIE, WODOSPADY I PYSZNE CIASTA

       Co można zrobić w górach gdy pada deszcz? Oczywiście zwiedzać jaskinię. Ponieważ w dolinie Saalach takowe również są, więc wyruszyliśmy spenetrować jedną z nich, Jaskinię Lamprechta, która wzięła swoją nazwę od nazwiska rycerza, który bardzo dawno temu z niej korzystał.



     Dla zwiedzających udostępniony jest tylko niewielki fragment z ok. 35 kilometrów labiryntu jaskini. Ale za to fragment bardzo starannie przygotowany. Trudno z resztą się dziwić, skoro rozpoczęto penetrowanie jaskini w latach 1822/1823. Pierwszy fragment dla zwiedzających udostępniono  30.06.1905 roku. Podobno początkowo nie tyle sama jaskinia wzbudzała zainteresowanie, co sposób oświetlenia. Otóż zainstalowano tam, już wtedy oświetlenie elektryczne, do tego z własną elektrownią.  Dopiero zimą 1974/1975 podłączono instalację jaskini do otwartej sieci energetycznej. W penetrowaniu Jaskini Lamprechta swój udział również polscy grotołazi, którzy w 1993 roku odkryli dodatkowe wejście do niej.



       Zwiedzanie polega na pokonywaniu kolejnych stopni schodów, których jest bardzo wiele. Nie liczyłem, ale na prawdę dużo, bo różnica poziomów między wejściem a najwyższym punktem wynosi 65 m (przeciętne mieszkanie ma niespełna 3 metry wysokości). Jaskinie wywierają na ludziach ogromne wrażenie, i trudno się temu dziwić. Żaden normalny człowiek nie czuje się specjalnie pewnie, gdy nie widzi nawet skrawka nieba, a nad głową nieprzebrane zwały skał. A jednak ich tam ciągnie. Ach ta ciekawość, co też tam jest? Jest też pewnie i trochę romantyki. Wszak  to jedna z tych sytuacji, gdy najmocniej odczuwamy bliskość natury. Dotykamy ją dosłownie i w przenośni.



     Zdaje się, że pogoda doceniła naszą determinację w poznawaniu doliny Saalach i gdy wychodziliśmy z jaskini zaczęło się przecierać. Ruszamy więc do kolejnego wołającego nas miejsca, do Seisenbergklamm. To kolejne absolutnie niezwykłe miejsce. Niezwykłe jest też to, jak tutaj na każdym kroku obcujemy z historią: zamek w którym mieszkamy, wioska St. Martin, kościół Maria Kirchental, Jaskinia Lamprechta, to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Tu wszystko ma swoją ciągłość, i Austriacy bardzo o to dbają. Różne odwołania do historii, tablice pamiątkowe, portrety protoplastów, stare zdjęcia powywieszane w widocznych miejscach.



       Wejście do Seisenbergklamm jest raczej niepozorne. Niewielki budynek w którym jest m.in. kasa, a obok niej kołowrotek z automatami do kasowania biletów. Gdy przybyliśmy, wielkiego tłumu nie było. Prawdę powiedziawszy raptem parę osób, z których żadna nie wchodziła bezpośrednio przed nami. Nie mogłem więc zdać się na instynkt stadny i po prostu podążać za poprzedzającą mnie osobą. W rezultacie stojąc przy kasie, raptem metr od tego kołowrotka, nie zauważyłem go. Przez chwilę intensywnie się rozglądałem, gdzie jest to wejście? A może wystarczyłoby pójść do okulisty i sprawić sobie mocniejsze okulary?

      

Tak więc, nie bez pewnych problemów, wkroczyliśmy w końcu na szlak. Od początku nie ma wątpliwości, że obcujemy z czymś niezwykłym. Na początku pierwszy wodospad i instalacja, która kiedyś, dawno temu, zasilała w wodę wykorzystywaną do napędu maszyn znajdujący się tu tartak. Tartak funkcjonuje z resztą nadal, tyle, że zmieniło się zasilanie w energię. I znowu obcujemy z historią i to bardzo dosłownie, bo i tartak i sam szlak to bardzo szacowne konstrukcje. Szlak turystyczny udostępniono zwiedzającym w 1831 roku. Seisenbergklamm to 600 metrowe przejście specjalnie zbudowanymi kładkami, mostkami i schodami przez bardzo wąski wąwóz, zmieniający się momentami w szczelinę skalną, a pod nami płynie z wielkim łoskotem wzburzony górski potok, co chwilę spadający kolejnym wodospadem o ileś tam metrów niżej. Spada ta woda i spada i nic jej nie jest. Gdyby człowiekowi zdarzyło się spaść z takiej wysokości pewnie by niewiele z niego zostało. No, chyba, żeby miał we krwi odpowiednią ilość promili. My tym czasem wciąż pniemy się do góry, podziwiając zapierające dech w piersiach widoki.



       Gdy skończył się Seisenbergklamm, rozpoczął się normalny górski szlak, z nader obiecującą informacją, że za 30 minut będzie Gasthof Lohfeyer. Nie można nie skorzystać z takiego zaproszenia. Co ciekawe, wzdłuż szlaku, co jakiś czas ustawione były ławeczki. Niektóre z oparciem, niektóre nawet z podnóżkiem. Tylko, dla czego, nikt obsługi nie biegał ze ścierką i nie wycierał tych ławek. Przecież dopiero co padało i ławki były mokre. W końcu za wejście na Seisenbesrgklamm zapłaciliśmy całe 3,79 € od osoby więc mamy prawo wymagać. A może nikt nie biegał ze ścierką bo ta część szlaku już nie należała do Seisenbergklamm?



       Dotarliśmy w końcu do Gasthof Lohfeyer. Jakież milusie miejsce. Można dobrze zjeść, coś się napić, oglądać przytulne wnętrze lub podziwiać otaczające to miejsce góry. Moja żoneczka przetestowała apfelstrudel, bardzo jej smakował. Ja poprzestałem na wieprzowinie w sosie musztardowym z czym co oni nazywają krokietami, ale co nie ma nic wspólnego z tym, o czym myśli zdecydowana większość Polaków. To były po prostu takie wałeczki ziemniaczane, smażone na głębokim oleju.



     Po zakończeniu wędrówki po górach (i jaskini) ogarnęliśmy się nieco w hotelu i wyruszyliśmy na zwiedzanie znajdującego się po sąsiedzku miasteczka Lofer. Pogoda już na dobre się wyklarowała, było bardzo późne popołudnie i Lofer. Gdy weszliśmy do centrum tego miasta, miałem wrażenie, że właśnie przed chwilą zostało ono specjalnie przygotowane do zwiedzania, budynki poodnawiane, ulice pozamiatane, mnóstwo kwiatów. Bardzo ładne miasto.

       No i znowu kłopot, bo choć miasteczko niewielkie, interesujących lokali w nim nie brakuje. W końcu przywabiło nas   Cafe-Konditorei Dankl. Dankl to oczywiście nazwisko rodziny prowadzącej lokal, podobno od 1904 roku. Jakie tu pyszne ciasta mają!!! Jeśli będziecie w tej okolicy, koniecznie musicie spróbować. Rewelacja. Do tego miła obsługa. Poprosiłem kelnera, młodego człowieka, o adres e-mailowy, tak na wszelki wypadek, bo mają tam również hotel w dosyć przystępnych cenach. Ale czy to z powodu mojej kiepskiej dykcji czy też z innego powodu pan nie zrozumiał o co mi chodzi i podał mi ich login do Internetu. Miło z jego strony, niestety, nie noszę komputera ze sobą na wieczorne spacery.       

sobota, 2 lipca 2011

ST. MARTIN BEI LOFER

       Do St. Martin wyruszyliśmy odpowiednio wcześnie, licząc na to, że szybko się zakwaterujemy i wyruszymy na pierwszą wędrówkę aby jak najpełniej wykorzystać zaledwie pięciodniowy urlop. Dojeżdżamy na miejsce, oto mamy przed sobą piękny zamek, w którym spędzimy kilka najbliższych dni. Wysiadamy z samochodu, kierujemy się do drzwi i … zamknięte. No cóż, na potwierdzeniu rezerwacji było napisane, że zakwaterowanie tylko od 14 do 18, ale nie myślałem, że należy brać to aż tak dosłownie, dochodziła już prawie 13. Okazuje się, że nie tylko w Niemczech obowiązuje powiedzenie „porządek musi być”.



     Zostawiliśmy touranika na parkingu i poszliśmy zwiedzić St. Martin. Bez przesady z tym zwiedzaniem. Sama miejscowość . choć jej początki datują się na początku XIII w., jest małą wioską. Tyle, że określenie wioska, natychmiast przywołuje w naszej świadomości obrazy, które znamy z naszego kraju, a to jest zupełnie nieadekwatne.

Kilka domów na krzyż, maleńki ryneczek w środku, a wszystko tak dopieszczone, że aż dech zapiera. I do tego pewien drobiazg: zapach koszonego siana, za którym wprost przepadam który przypomina mi beztroskie chwile dzieciństwa spędzane na lubelskiej wsi, u kochanego wujostwa. Rozmarzyłem się, to w zupełności wystarczyło, bym wprawił się w świetny nastrój. Naliczyłem tam trzy restauracje i jedną cukiernię. Albo inaczej mówiąc, w którąkolwiek stronę by się człowiek nie obrócił, stał na wprost knajpy. Nie byliśmy specjalnie głodni więc zakotwiczyliśmy w cukierni. Bardzo elegancki wystrój, pyszne ciasta i niezła kawa, utwierdziły nas w dobrych humorach. Na każdym kroku było widać, że ta wieś jest, jakby nieco inna niż te nasze.  W wiosce były dwa samoobsługowe punkty informacji turystycznej. Jeden to wolnostojąca chatka, drugi w budynku gminy. Oba dostępne dla gości, choć to sobota i w urzędzie nie było żywego ducha. Oba wyposażone w mnóstwo materiałów informacyjnych i terminal komputerowy. Czysto, nie poniszczone, nie pomazane przez grafficiarzy.  Mimo tych zamkniętych drzwi w zamku na powitanie, dobrze się zaczyna.


       Wróciliśmy do zamku, którego historia sięga roku 1325, i którego drzwi, tym razem były otwarte. Przywitała nas pani, niczym z folderu reklamowego, w ludowym stroju, ale bez uśmiechu na twarzy.  Sprawiała wrażenie strasznie zabieganej (chyba faktycznie była) i spiętej, grzeczna, uprzejma ale zupełnie zimna, z lekka wyniosła. Można to było odczytać jako swoistą deklarację: klient nasz pan, ale tylko tak troszeczkę. Ciekawe, że ani a Alpenrose, ani tutaj nie był dostępny w pokojach Internet. W zamku, za dodatkową opłatą 10 €, można było korzystać z Internetu, ale tylko w holu na parterze i tylko do 22. Trochę to niewygodne, wziąwszy pod uwagę, że mieszkaliśmy na 2 piętrze. A mówią, że to Polska jest zacofana, tymczasem, we wszystkich hotelach w jakich ostatnio mieszkałem w naszym kraju nie było problemu z dostępem do Internetu i to za darmo. Tak naprawdę to są tylko drobiazgi o nie szczególnym znaczeniu, wszak przyjechaliśmy tutaj dla gór.

              Po szybkim zakwaterowaniu, mimo wszystko postanowiliśmy wyruszyć, choćby na krótką wędrówkę. Najbliżej było do kościoła pielgrzymkowego Maria Kirchental, do którego prowadzi krótki i łatwy szlak z centrum St. Martin. Gdziekolwiek bym nie był, nieodmiennie fascynują mnie budowle sakralne pobudowane gdzieś wysoko w górach lub przynajmniej na najwyższym w okolicy wzniesieniu. Nie wiem dla czego tak się dzieje, czy ludziom się wydaje, że w ten sposób będą bliżej boga? Ludzie czynią tak na wszystkich kontynentach, taszcząc z mozołem materiały budowlane, gdzieś wysoko pod niebo. I czynili tak od zarania dziejów. Maria Kirchental został wybudowany w latach 1694-1701. Przecież wtedy nie dysponowano takim sprzętem transportowym i budowlanym jak teraz. To niesamowite.

       Nie wiem czy to pora dnia, czy inne powody, ale na miejscu, oprócz nas,  kręciło się zaledwie kilka osób, może pięć, może sześć. Okazała budowla kościoła, przedwieczorna cisza, przerwana jedynie w pewnym momencie biciem dzwonów i wspaniałe góry w tle. Aż się prosi aby usiąść, ponapawać się widokiem i nieco poukładać swoje myśli.



piątek, 1 lipca 2011

W MIEŚCIE MOZARTOWSKICH CZEKOLADOWYCH KULECZEK

        Od czasu do czasu odrywam się od wody i jadę powędrować po górach. Niestety nie mogę tego robić tak często jak bym chciał, tym bardziej więc, każdy taki wyjazd jest dla mnie dużym wydarzeniem. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze samo wędrowanie, choć wylewam hektolitry potu, jest niezwykłym przeżyciem. Zawsze mało, zawsze chciało by się więcej. Jeszcze jeden szlak, jeszcze jedna góra, jeszcze jeden wodospad, jeszcze jedna jaskinia … A drugi powód radości z wyjazdów na górskie szlaki to szaleństwo fotograficzne. Ileż tam fascynujących motywów, maleńkie kwiatki i ogromne góry. A ileż pułapek. To co nas zachwyca w naturze, niestety nie zawsze sprawia takie samo wrażenie na fotografii. A zmagania ze światłem? To jest wyzwanie.

       No więc udało się wyrwać w góry. Tylko na pięć dni, ale zawsze to coś. Tym razem, pierwszy raz nie licząc wyjazdów na narty, nie w nasze polskie góry, ale w Alpy, do miejscowości St. Martin w Saalachtal (dolina rzeki Saalach).  Ponieważ jednak mieliśmy zarezerwowany pobyt od soboty i nie można było tego zmienić, a wolne mieliśmy już od piątku, na chybił trafił wyszukałem jakieś miejsce w pobliżu tego docelowego, aby już od soboty można było zacząć naszą przygodę z górami. Wydawało mi się, że w Niemczech hotele są nieco tańsze, wybór padł więc na Bad Reichenhall, oddalony od St. Martin o ok. 30 kilometrów.  Czy faktycznie było taniej? Chyba nie, nie sprawdzałem z powodów, o których za chwilę.

        Zarezerwowaliśmy nocleg w hotelu Alpenrose. Gdy dojechaliśmy na miejsce, około kolacyjną porą, pierwsze wrażenia były mocno mieszane. Zupełnie boczna wąska uliczka. Po obu stronach stare dorodne drzewa. Malutki niepozorny hotelik. Wysiedliśmy z samochodu i rozejrzeliśmy się dokoła, i w tym momencie wyrwało się z naszych ust pierwsze: ooooo!  Miasteczko położone w dolinie otoczonej całkiem wysokimi górami. Nawet w tak banalnej uliczce robi to niesamowite wrażenie.  No dobra, ale najpierw trzeba się zameldować. Ha! Ha! Ha! Nie, nie będziemy spać w tym budyneczku przy ulicy. Tam z tyłu jest taki niewielki, parterowy domek z kilkoma pokojami. Na chwilę miny nam zrzedły. Gdy jednak weszliśmy do środka okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Eleganckie, czyste pokoiki z łazienkami, wyposażone jak należy.  We wspólnym pomieszczeniu kącik kuchenny z lodówką i kuchenką mikrofalową. Ekstra, tu można mieszkać.

       Natychmiast po dopełnieniu formalności i przegryzieniu małego co nieco ruszamy „na miasto”. Okazało się, że hotel Alpenrose jest oddalony od centrum niespełna 5 minut. Gdy tam dotarliśmy ochów i achów nie było końca. Trafiliśmy do przepięknego miasteczka, kurortu z bardzo długą tradycją. Nawet zabytkowe centrum składało się z dwóch części, z tej właściwej i tej jeszcze starszej. A wszystko dopieszczone jak cacuszko. Widzieliście kiedyś w centrum miasta sztucznie utworzony strumień?  Domy jakby dopiero co odświeżone, pełno kwiatów, kolorowo. Jak to w kurorcie mnóstwo knajpek. Najstarsza jaką wypatrzyliśmy to winiarnia, chwaląca się rodowodem sięgającym XIII wieku. W tym mieście przez pewien czas przebywał też Wolfgang Amadeusz Mozart, który urodził się w pobliskim Salzburgu. Z Mozartem wiąże się też jedna z największych atrakcji Bad Reichenhall, a mianowicie czekoladowe kuleczki mozartowskie, wytwarzane od blisko 150 lat wg specjalnej receptury, w rodzinnej firmie Paul Reber. Można je znaleźć nie tylko w bardzo wytwornym punkcie firmowym, ale także w wielu innych punktach  w mieście, nawet na stacji paliwowej.

       Późna pora i wąskie uliczki to spore wyzwanie przy robieniu zdjęć. Kiedyś jeden z kolegów poprosił mnie, w czasie wspólnej wędrówki, abym zrobił mu zdjęcie jego aparatem. Jakoś tak mi się tamto zdjęcie komponowało, że chciałem je zrobić w pionie. Kolega zdecydowanie zaprotestował. Tylko poziome, tylko poziome, wołał. Uśmiechnąłem się do  siebie na wspomnienie tamtej sytuacji próbując komponować kolejne kadry zabytkowych uliczek z wysokimi górami w tle. Spacer kończyliśmy gdy było już ciemno a tu jeszcze tyle ciekawych rzeczy. Robiłem zdjęcie za zdjęciem a i tak czułem niedosyt. Musimy tu przyjść jeszcze rano, zanim wyruszymy do St. Martin.

       Byliśmy tak oczarowani Bad Reichenhall, że moja żoneczka stwierdziła, że nawet mogłaby się w końcu nauczyć niemieckiego i zamieszkać tu na stałe. W tym momencie magia na chwilę się ulotniła. Bo co mielibyśmy już na zawsze sprzątać jakieś biura czy domy, albo pracować „na zmywaku” w knajpie? Akurat oboje wykonujemy takie zawody, że trudno byłoby nam tak z marszu rozpocząć pracę w swoim zawodzie za granicą. Ba, nawet przeprowadzka do innego miasta nie byłaby taka prosta. No dobra to możemy tam przyjeżdżać jako emeryci, „do wód”. Cóż za rojenia. Biorąc pod uwagę stan polskiego systemu emerytalnego i przewidywaną wysokość naszych emerytur, raczej nie będzie nas na to stać. No tak, ale przecież, właśnie z tego powodu, będziemy pracować do samego końca, to i może będzie nas jednak stać by odwiedzać takie magiczne miejsca.
       Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Rano wróciliśmy do centrum. Zupełnie inne miasto. Oczywiście od rana tłum ludzi spacerujących po uliczkach, pijących poranną kawę. My też wstąpiliśmy do cukierni na poranne ciacho. Kolejna seria zdjęć. Nieźle się nagimnastykowałem w zabytkowych tężniach. Zakupy w sklepie z butami. Te same marki, te same lub nieco niższe ceny, ale wybór niesamowity! Oczywiście odwiedziny w firmie Reber, piękne ekskluzywne miejsce a w nim same czekolady. Nie wiem jakie to duże, ok. 100 metrów kwadratowych, może więcej, a w środku tylko czekolada i podobizny Mozarta. A jak te czekolady zapakowane! O rety, prawdziwy zawrót głowy.  Gdy tak sobie wędrowaliśmy uliczkami Bad Reichenhall oczarowani jego urokami, usłyszeliśmy dochodzącą, gdzieś, z niewielkiej odległości niezwykłą muzykę. Głównie werble i trąbki. Jak z jakiegoś filmu opowiadającego historię z XIX wieku. Kapitalna, bardzo rytmiczna i energetyczna muzyka. Poszliśmy za dźwiękiem i znaleźliśmy tę orkiestrę. Jej wygląd był świetnym uzupełnieniem tego co grali, stylowe stroje, kapelmistrz wymachujący „pałką”.  I pomyśleć, że Bad Reichenhall wybrałem przypadkowo. I już nie sprawdzałem, czy faktycznie było taniej.


To możemy jechać do St. Martin.

wtorek, 21 czerwca 2011

CZARNO-BIAŁE, I … NIE TYLKO

W czasie rejsu po Zatoce Sarońskiej odwiedziliśmy Poros na wyspie, a jakże Poros oddalonej od Peloponezu 200 metrowym kanałem. Bardzo lubię Grecję, więc dla mnie Poros to urocze miasteczko. Takie, typowo greckie z wąskimi uliczkami, pięknymi roślinami (często w doniczkach), nieco bałaganiarskie i z mnóstwem skuterów. Raczej nikt tam się nigdzie nie śpieszy a w licznych knajpkach ludzie z wolna coś sobie popijają. Czyli wszystko to co tworzy ten niepowtarzalny klimat.

 Pływając po Grecji nie raz spotkałem się z różnymi sympatycznymi gestami ludzi, raczej u nas nie spotykanymi. Również w Poros zdarzyło się coś podobnego. Gdy pływaliśmy wzdłuż kei szukając miejsca do zacumowania, zauważyliśmy człowieka wskazującego wolne miejsce. To akurat w świecie żeglarskim nie jest niczym nadzwyczajnym. Gdy podpłynęliśmy bliżej pomógł nam jeszcze zacumować i zniknął. Zajęliśmy się klarowaniem jachtu, gdy ów człowiek pojawił się ponownie. W ręku trzymał tacę z siedmioma szklankami, dokładnie tyle nas było na pokładzie, ouzo z lodem i miętą. Trochę nasz nowy znajomy był skonsternowany, gdy ze środka  jachtu wynurzyła się jeszcze jedna, nieco zaspana osoba. Jakżeż on szybko się z tym wszystkim uwinął. W czasie cumowania zdążył nas policzyć i przygotował odpowiednią ilość drinków. W trakcie rozmowy okazało się, że jest właścicielem lokalu znajdującego się dokładnie naprzeciwko jachtu. Z uśmiechem na twarzy, powiedział, że byłoby mu miło, gdybyśmy chcieli przyjść do jego lokalu na kolację. Był tak sympatyczny we wszystkim co robił, że nie byliśmy w stanie mu odmówić. No cóż, każdy chce zarobić, ale jakże różne sposoby do tego prowadzą. Wieczorem okazało się, że warto było się tam zatrzymać, jedzenie było wyśmienite.
Zanim jednak nastał wieczór, poszliśmy pozwiedzać miasto. Jak to na greckich wyspach często bywa, dookoła pełno wody, a na środku całkiem spora góra. I zawsze jakaś nieznana siła każe mi wdrapywać się na tę górę, jakby nie można było sobie spokojnie usiąść i sączyć jakieś winko czy metaxę. Tu w Poros było bardzo późne popołudnie, więc nie było tak źle, ale pamiętam na Folegandros, wdrapywaliśmy się na zdecydowanie większe wzniesienie, niemal w samo południe, ale nic nie mogło mnie przed tym powstrzymać.
Więc ruszyliśmy. Na szyi dyndał mój wierny kompan, Nikon D 300, inaczej się nie da. Jak zwykle „strzelałem foty” na prawo i lewo. A to jakaś budowla, a to jakaś roślina, albo pejzaż z widokiem na zatokę itd. Itp. W pewnym momencie trafiliśmy w jakąś kolejną pustą uliczkę. Zdecydowanie nie było to miejsce uczęszczane przez turystów. Domy nie najpiękniejszej urody, cała pajęczyna jakichś wiszących kabli, baniak od solarów, żadnych ludzi. Wszystko to jakieś takie pastelowe. Ale wzrok nieodmiennie wędrował w jedno miejsce, w kierunku ceglasto czerwonej donicy i rosnącej w niej zielonej rośliny. Niesamowicie mocny element, jakby nie stąd, choć przecież te rośliny hodowane w donicach są tak typowe dla tych okolic. Natychmiast zacząłem przymierzać się do kolejnego zdjęcia. Po chwili naciśnięcie spustu migawki i gotowe.
No właśnie! Czy aby na pewno gotowe. Minęły prawie dwa lata, a ja wciąż wracam do tego zdjęcia. Niby nic takiego, zwykłe wakacyjne zdjęcie, a jednak każdy kto oglądał zdjęcia z tego wyjazdu zwracał na nie uwagę. Przy pierwszym wydruku starałem się aby zdjęcie jak najlepiej oddawało moje uczucia w chwili jego robienia. A wiec pastelowo.

Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że jednak nie. Trzeba wzmocnić kolory. Gubi się co prawda z lekka eteryczny nastrój, ale chyba w ten sposób lepiej oddany jest prawdziwy nastój tego miejsca. Prawdziwy? Co to właściwie znaczy? Pewnie każdy oceni to inaczej i to z wielu powodów. Inaczej postrzegamy rzeczywistość, inne skojarzenia wywołują w nas zestawienia różnych rzeczy, a nawet nasz wewnętrzny nastrój chwili sprawia, że to samo miejsce możemy postrzegać na różne sposoby. O.K. zrobiłem kolejną wersję zdjęcia i znowu odłożyłem je na dłuższy czas.

Niedawno powróciłem do niego ponownie. Te kable, popękany, miejscami wykruszony tynk, ten zbiornik od solarów, ciasnota uliczki. Może zrobić je w czerni i bieli. Kolor przez swoją atrakcyjność powoduje często daleko idące przekłamania w odbiorze zdjęcia. Jego treść gdzieś się ulatnia, bo tak bardzo absorbują naszą uwagę barwy. Nie raz przekonałem się, że trudno  jest zrobić interesujące zdjęcie w kolorze, które przyciągało by uwagę swoją zawartością, kompozycji, jakimś pomysłem lub czymkolwiek innym a nie pstrokacizną barw. No dobrze, niech będzie czarno-białe. Nie, coś tu jednak jest nie tak. Mimo wszystko, to miejsce sprawiało przyjemne, bardzo pogodne wrażenie, a w wersji czarno-białej ten element gdzieś się gubi Owszem, to też jest pewna opowieść o tym miejscu, nie jest to jednak taka opowieść jaką chciałbym przekazać oglądającemu to zdjęcie. Dobrze! Niech będzie czarno-białe, ale donica z rośliną pozostanie kolorowa. Tak też zrobiłem. Czy jest to ostateczna wersja tego zdjęcia? Naprawdę, nie wiem.

poniedziałek, 2 maja 2011

Ciągła nauka


Wieloletnią już tradycją naszej maszoperii jest świętowanie kolejnych urodzin seniora maszoperii na wodzie. Nie inaczej było i w tym roku, choć wydawało się, że może się nie udać. Stachu ma problemy ze zdrowiem, Robert wyjechał w Polskę by uczestniczyć w komunii, z Jurkiem nie wiadomo co a i pogoda też nie specjalnie miała ochotę na biesiadowanie na jachcie. Wiała dobra piątka, w porywach nieco mocniej, z północy, zimno i straszno. Ale tu chodzi o na prawdę wielkie święto. Osiemdziesiąte szóste urodziny to poważna sprawa. Choć zostaliśmy tylko we trójkę nie mogliśmy nawalić. Zapakowaliśmy się więc do łodzi razem z szampanem, drobną przekąską i wypłynęliśmy.

Jedną z rzeczy, która najbardziej mnie w żeglarstwie fascynuje, to wielowiekowe zbieranie doświadczeń przez ludzi przemieszczających się po morzach. Kolejne pokolenia przekazują swoją wiedzę następcom. Zmieniają się konstrukcje jednostek pływających, żeglarze opisują swoje wyprawy. Staram się czytać jak najwięcej tej literatury, ale to tylko swego rodzaju podkład. Samym czytaniem żeglarstwa człowiek się nie nauczy. Trzeba jak najwięcej praktykować, najlepiej u boku jakichś dobrych żeglarzy. Dla mnie dobry żeglarz, to niekoniecznie taki, który już wszystko wie. Nie wiem czy są w ogóle tacy są. Dobry żeglarz to człowiek myślący i opanowany, taki który rozwiązuje różne niespodziewane sytuacje mądrze posługując się wcześniejszą wiedzą. Manewry jachtem muszą być przede wszystkim bezpieczne. Manewr trzeba przemyśleć przed jego wykonaniem. Trzeba mieć przygotowane manewry awaryjne. Tych zasad z całą pewnością trzyma się Marek, szef naszej maszoperii. To jest bodaj najcenniejsza z nauk jakie od niego odebrałem. W minioną sobotę miałem okazję kolejny raz temu się przyjrzeć.

Silnik w naszej karinie nie ma ani „wstecza” ani wolnego biegu. On zna tylko jedną opcję: do przodu. Nie ma problemu gdy warunki są jako takie, ale jak wieje piętka dopychająca do kei, a my akurat stoimy dziobem do kei robi się nieco kłopotliwie. Nie możemy odepchnąć się do tyłu z jednoczesnym skrętem w prawo by później odpalić silnik i pójść w lewo bo przy tym wietrze, jeśli silnik nie ruszy za pierwszym szarpnięciem to siedzimy rufą na prostopadłej kei albo co gorsza prawą burtą na rufie stojącego obok nas jachtu. A nasz silnik raczej rzadko startuje jak na zawołanie.  Zatem? Jaka jest rzeczywiście bezpieczna pozycja do wyjścia? Trzeba by obrócić jacht o 1800, i stanąć dziobem do basenu, czyli zrobić overholung. Karina ma raptem 6 metrów długości, a akurat obok nas było trochę miejsca. Po wykonaniu obrotu, stojąc jeszcze na cumach założonych nabiegowo, odpaliliśmy silnik. Chwilę go pogrzaliśmy i spokojnie ruszyliśmy. To wszystko wydaje się oczywiste, tylko ktoś musiał o tym rozwiązaniu pomyśleć. A takim kimś jest właśnie Marek.



Zastanawiając się na tokiem rozumowania w takich czy innych okolicznościach różnych ludzi uśmiechnąłem się sam do siebie, na wspomnienie naszej pogawędki gdy już zupełnie bezpiecznie płynęliśmy po prawie pustym jeziorze. Pogoda skutecznie przepłoszyła większość żeglarzy mimo, że to początek długiego weekendu. Tylko ptaków dookoła bezliku: mewy, kormorany, czaple, łabędzie, kaczki jakieś drapieżniki. Otóż opowiadałem o moich niedawnych odwiedzinach w Londynie i degustowaniu angielskich piw zakończonego konstatacją, że angielskie piwa mi nie smakują.

- Stwierdziłem, że wszystkie one smakują jakby były robione z żołędzi.

- Rysiek na to przypomniał, że przed wojną chętnie pił kawę zbożową, do której dodawano m.in. właśnie żołędzie.

- Na to ja przypomniałem kolegom, kostki z prasowanej zbożówki z cukrem, które dostawaliśmy wyruszając na poligon, czy inne tego typu imprezy.

- Na to Marek przypomniał dowcip o dwóch dziadkach wspominających pobyt w wojsku. I jeden do drugiego powiada mocno drżącym głosem: A pamiętasz Jasiu jak nam w wojsku dodawali brom do kawy? Ty wiesz, że on dopiero teraz zaczyna na mnie działać!
I tak to startując z londyńskiego pubu wylądowaliśmy w domu starców, na szczęście z odrobiną fantazji. Piękne jest żeglarstwo.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Greifswald - a właściwie gdzie jedziemy?


Święta Wielkanocne. Lany poniedziałek, jak zwykle nie wiadomo co z sobą zrobić. Na ulicy pełno zdebilałych osobników z wiadrami z wodą. W mieście nic się nie dzieje. Nawet większość knajp pozamykana. Co tu robić?
Żoneczka, rzuca hasło: zoo w Niemczech. Nie wiem dlaczego, pierwsze co przychodzi mi do głowy to Greifswald. Mało tego, jestem przekonany, że byłem w tym mieście w czasie Etapowych Regat Turystycznych. Mam przed oczami miasto, kanał portowy i drogę w kierunku zoo.  Szybkie sprawdzenie w internecie. Godziny otwarcia, ceny, lokalizacja. Wszystko się zgadza. Przecież dobrze pamiętam, po jednej stronie kanału była marina a po drugiej droga do zoo. No i pojechaliśmy. Dojeżdżamy już na miejsce. Pierwsze wrażenie: całkiem spore miasto, jak byliśmy w czasie regat widziałem zatem tylko niewielką część. Ale jakoś dojeżdżamy do centrum. Jest kanał, są jakieś jachty i inne jednostki pływające, ale mijamy kanał i jakoś nie widzę kierunkowskazu do zoo więc zawracamy. W tył, w prawo i ni z tego, ni z owego jesteśmy na miejscu. Jak to w niemieckich miasteczkach nieco problemu z zaparkowaniem, w końcu się udaje.
W tym samym dniu nasza córka ze swoim chłopakiem była na Rugii. Wieczorem rozmawiając o minionym dniu w celu  dokładniejszego określenia gdzie kto był, sięgnęliśmy  po mapę. Patrzę na tę mapę, patrzę i coś mi się nie zgadza. Dopiero po chwili przychodzi olśnienie: w czasie ERT to nie był Greifswald! Tamte miasto to Ückermünde.  Mało tego, w Greifswaldzie  nigdy w życiu jeszcze nie byłem. A niby wszystko się zgadzało. Skąd mi do głowy ta nazwa przyszła?
Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że ani odrobinę nie żałowaliśmy, że znaleźliśmy się w Greifswaldzie.
Miejscowe zoo jest raczej niewielkie. Taki sobie, niezbyt duży park. Ale jakżeż urokliwie zagospodarowany. Takie małe cudeńko, a ile ciekawych zwierzaków. Każdy wybieg zaaranżowany tak, aby zwierzęta czuły się jak najlepiej, ale też, aby można było je podziwiać. Sporo wody. A przy tym tak wszystko zorganizowane, by jak najbardziej zaabsorbować dzieci. Choć same zwierzęta przykuwały uwagę zwiedzających to były też huśtawki, wir wodny, rowery i różne inne zabawki. Oczywiście można było kupić karmę dla kóz by móc je podkarmiać w zagrodzie, co zawsze jest wielką atrakcją. I choć jak wcześniej stwierdziłem, park nie jest zbyt rozległy, zanim go obeszliśmy, ponad dwie godziny minęły.





Po wizycie w zoo poszliśmy zobaczyć jak wygląda stare miasto. Tu również nie było rozczarowania. Bardzo ładne, schludne miasto. Nieodmiennie jestem pełen uznania dla niemieckich miast. Jakżeż ludzie tam mieszkający potrafią o nie zadbać. To wszystko jest takie wycyzelowane, wymuskane, takie cacuszka. Jakby wszystko wyszło przed chwilą spod ręki najwyższej klasy rzemieślnika-artysty. Do tego jeszcze tu i ówdzie jakoś przyozdobione. Można chodzić w tę i z powrotem, i napawać się tymi widokami. A do tego ta atmosfera późnego popołudnia po pięknym słonecznym i ciepłym dniu. Ludzie siedzą w ogródkach przy lokalach, jedzą, piją i dobrze się bawią.
Cóż było robić, i my musieliśmy, choć na chwilę  gdzieś zakotwiczyć. Jeść specjalnie nam się nie chciało, ale jakiś apfelstrudel z lodami i bitą śmietaną, do tego kawa, czemu nie. To był bardzo sympatyczny dzień.


czwartek, 21 kwietnia 2011

Świat żagli.


Zwodowaliśmy naszą karinkę. Inaczej mówiąc, kolejny sezon żeglarski rozpoczęty.

Jak zwykle wodowanie poprzedzały dni wytężonej i mocno pośpiesznej pracy przy przygotowaniu łódki do pływania. I jak zwykle nie udało się wszystkiego zrobić na lądzie, część prac trzeba będzie wykonać na wodzie. Klub zawsze wyznacza dwa terminy wodowania, by ci, którzy mają więcej do zrobienia, mogli spokojnie wszystko dokończyć. W naszej maszoperii są jednak tacy zapaleńcy, że nie ma mowy aby wodować jacht w drugim terminie. My po prostu nie możemy inaczej. Jeszcze coś tam trzeba podmalować, jeszcze trzeba wyszlifować i polakierować pokrywy bakist. Ale to wszystko nic, łódka jest na wodzie!

Patrzę sobie na kolegów, na znajomych i nieznajomych, jak się krzątają przy swoich jachtach. Prawdziwi zapaleńcy, samo patrzenie na nich to przyjemność. Niektórzy mają łódki skromniutkie, warte kilka, maksymalnie kilkanaście tysięcy złotych i pracują przy nich z wielkim zapałem. Inni posiadają „okręty” warte kilkaset tysięcy, a niekiedy więcej, i z równie wielkim zapałem nadzorują prace przy swoich jednostkach. Żeglarstwo wymaga pewnej wiedzy, ale tym którzy podejmą ten trud oferuje wiele radości.

Nie tylko samo żeglowanie dostarcza niezwykłej przyjemności. Siedzimy tak sobie późnym popołudniem na łódce i szorujemy pokład. Wiatr ucichł, jak to przed wieczorem, słonko jakoś złagodniało, słychać mnóstwo ptaków. Od czasu do czasu słychać też rubaszny śmiech jakiegoś starego wilka morskiego, na którymś z sąsiednich jachtów. Na kei przystanęło trzech kolegów i dyskutują bez zbędnego pośpiechu jak rozwiązać jakiś problem na łódce. Ktoś inny rozgryza jakąś kwestię w pojedynkę, powoli sącząc piwko.

Coś tam powoli dłubiemy na naszej łódce i snujemy plany rejsów na cały sezon. I te całkiem małe, po jeziorze. I te większe, z wyjściem na zalew, a może i Zatokę Pomorską. Mam nadzieję, że znowu uda nam się wystartować w Etapowych Regatach Turystycznych i znowu będziemy przeżywać emocje sportowej rywalizacji i chłonąć tę niezwykłą atmosferę. I te całkiem duże rejsy po dalekich morzach. Niektórzy preferują północ, inni południe, ale to jest bez znaczenia, byle wreszcie wypłynąć.
Koledzy żeglarze, stopy wody pod kilem i spełnienia marzeń o pięknych rejsach!

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...