środa, 9 lutego 2011

Tatrzańska rozgrzewka

Już dobrze ponad rok jak nie byłem w Zakopanem. Oj, ckni mi się, ckni. Najgorsze jest to, że nie wiem, kiedy znowu będę mógł tam pojechać. Terminy ponapinane do granic możliwości, plany porobione już prawie do końca roku. Kiedyś przecież trzeba trochę popracować, by zarobić na kolejne wyprawy. Jak tu wcisnąć jeszcze Zakopane. Póki co pozostaje wspominanie różnych miłych chwil spędzonych w Zakopanem i na tatrzańskich szlakach.
Uwielbiam delektować się wchodzeniem w rytm górskich wędrówek, powoli, spokojnie. Nie należę do tych, którzy prosto z pociągu biegną na Rysy. Powoli i z namaszczeniem smakuję każdą chwilę. Dopiero 3-4 dnia wyruszamy na dłuższe i trudniejsze szlaki.
Jednym z najładniejszych szlaków rozgrzewkowych jest bez wątpienia trasa z ul. Słowackiego, przez Nosala, Nosalową Przełęcz, Kuźnice, Drogą Brata Alberta, Ścieżką nad Reglami do Polany Białego i dalej Doliną Białego do miasta, a właściwie do Małej Szwajcarii.
Idąc tym szlakiem mamy zawsze dużo zabawy z samych siebie. Już podejście na Nosala  sprawia, że mamy wrażenie, że nasze płuca wiszą na agrafkach. Przyjeżdżają tacy, kompletnie nie przygotowani i pną się do góry. Chociaż Nosal to tylko 1206 m npm, ale w takiej sytuacji to poważne wyzwanie. Na szczęście, to podejście nie jest specjalnie długie, niecała godzina, więc wystarczy kilka głębszych wdechów na szczycie by wrócić do normalnego oddechu. A przy okazji, jesteśmy już w górach, podziwiamy piękne widoki i cieszymy się rozpoczynającym się urlopem. Po skonsumowaniu jakiegoś wysoce energetycznego batona ruszamy dalej.
Ta część szlaku to prawdziwy spacer, który do tego kończy się w Kuźnicach, które kuszą różnymi kulinarnymi zapachami. I jak tu się oprzeć pokusie zjedzenia kilku grillowanych oscypków z żurawiną? Po prostu uwielbiam je. Kiedy już mamy za sobą ten sympatyczny rytuał, ruszamy dalej Drogą Brata Alberta. Czasami zbaczamy do klasztoru Albertynek poczuć specyficzną atmosferę tego miejsca. Po kilku minutach skręcamy na Ścieżkę nad Reglami i znowu mała zadyszka. Podejście nie jest może szczególnie wymagające a do tego jest stosunkowo krótkie, ale przecież to pierwszy dzień i mamy już za sobą Nosala. Podejście się kończy, trafiamy na niewielką polankę i … padamy. Do posiedzenia przez chwilę zachęcają również fajne widoki w kierunku Kasprowego i okolic.
Dalej już tylko relaks z różnymi miłymi niespodziankami. Np. kilka uroczych drewnianych mostków. Zawsze się tam zatrzymujemy, gdyż to miejsce wręcz wymusza zrobienie kolejnych, pamiątkowych zdjęć. Zdjęcie za zdjęciem, w pionie, w poziomie, na głowie, z damą na rękach itd. Itp. Ależ to frajda.
Jednak ten kto tam jeszcze nie był, nie wie, że czeka nas jeszcze jedno takie miejsce, gdzie dostaje się fotograficznego „świra”. Kiedy już zejdziemy w Dolinę Białego, w pewnym momencie otwiera się przed nami niezwykły fragment tej doliny. Jesteśmy jakby w jakimś kanionie. Przypominają się oglądane w dzieciństwie westerny. Są różne elementy krajobrazu, które sprawiają, że te miejsce jest wprost bajeczne: rwący strumień, pionowe ściany skał, niezwykłe drzewa i wijąca się środkiem ścieżka. Niestety, jak to często w górach, wcale nie jest łatwo zrobić niezłe zdjęcie. Światło! Zawsze go gdzieś brakuje, a gdzieś jest w nadmiarze. Jest mało miejsca aby zając odpowiednie miejsce. Bez względu jednak na takie, czy inne trudności, migawka aż się grzeje.
W końcu jednak trzeba ruszyć dalej. Dzień powoli się kończy. Wychodzimy na Drogę do Białego. Wita na piękna bryła hotelu Belvedere. Piękny to on i jest ale raczej nie dla nas. My możemy się tam napić herbaty i zjeść ciasteczko. Przepraszam, raz byliśmy tam w innym celu. Spędziliśmy tam przeuroczy wieczór słuchają piosenek śpiewanych przez panów Sikorowskiego i Turnaua. Panowie pięknie śpiewali, tryskali humorem, chyba dobrze się bawili, my jak najbardziej tak. Niestety na kolację z artystami pójść już nie mogliśmy. 
Mijamy więc Belvedere i kierujemy się na ulicę Zamoyskiego do Małej Szwajcarii, tam jest dopiero prawdziwy finał naszego szlaku.

niedziela, 6 lutego 2011

Na końcu świata, w Nowym Warpnie

Późne popołudnie. Pusta ulica. Od czasu, do czasu, ktoś chyłkiem przemknie pod murem. Wiatr niekiedy podnosi tuman kurzu. I tylko brakuje pijanego kota, który przechodząc przez plac przy ratuszu, potyka się o własne łapy i pada. Znacie ten pejzaż? Pewnie wielu odpowie: No jasne! Przecież to typowa sceneria z westernów. Zaraz pojawi się dwóch rewolwerowców i rozegra się pojedynek na śmierć i życie.
A właśnie, że nie. Zachód to i owszem jest, ale w żadnym wypadku dziki. A nasz krajowy. Dokładniej północny zachód. A ci dwaj to żadni rewolwerowcy. To żeglarze, którzy przed chwilą dopłynęli do mariny i idą do sklepu uzupełnić zapasy piwa, ewentualnie również i inne. To Nowe Warpno, jedno z dwóch, moich ulubionych miast nad Zalewem Szczecińskim. Bywam w nim teraz i dla przyjemności i w związku z pracą, ale zawsze z przyjemnością. Tak jest od dawien dawna. Na hasło „Nowe Warpno” pojawiają się w moim umyśle różne obrazy. Oto jestem nastoletnim chłopakiem, jesteśmy z rodzicami z wizytą u ich znajomych. Po kolacji idziemy z synem gospodarzy na poddasze i po raz pierwszy mam okazję wysłuchać z  gramofonu pierwszej płyty Budki Suflera.  „Lubię ten stary obraz”. „Szalony koń”, do tej pory na wspomnienie tamtej chwili przechodzą mnie ciarki po plecach. Albo inny obraz: jest sierpień, jesteśmy na obozie naukowym z uczelni, prowadzimy badania ankietowe wśród mieszkańców Nowego Warpna, znakomita atmosfera, dużo absolutnie nowych wrażeń dla młodych ludzi a przy tym świetna zabawa. Nagle w kilku miejscach, nielicznych ze względu na specyfikę miasta, pojawiają się flagi i transparenty z różnymi postulatami. Jest rok 1980, przedwcześnie wkraczamy w dorosłość.

Dzisiaj w Nowym Warpnie mieszka raptem ok. 1200 osób, czyli mniej niż w XVIII wieku. Miasto o ciekawej historii, przychylne żeglarzom i świetnie nadające się do wypoczynku. Lokacja miasta miała miejsce najprawdopodobniej w 1295 roku, ale osada istniała tam już dużo wcześniej. Pierwsza wzmianka o kościele w Nowym Warpnie pochodzi z roku 1267, a więc ok. trzydzieści lat wcześniej niż lokacja. Miasto do dzisiaj zachowało średniowieczny układ urbanistyczny. A prawdziwą jego ozdobą jest ratusz ryglowy pochodzący z XVII wieku. Również kościół jest ciekawym obiektem, choć z zewnątrz raczej jest skromny. W środku można znaleźć m.in. organy z XVIII wieku, barokowy ołtarz z 1704 roku, czy też kilka innych zabytkowych dzieł. Po zwycięstwie reformacji na tych terenach był to aż do końca II wojny światowej kościół protestancki. Od 15.08.1946 roku jest kościół rzymskokatolicki. Dzisiaj pełni funkcje nie tylko sakralne, ale jest też ośrodkiem życia kulturalnego lokalnej społeczności.
Ciekawym epizodem w historii miasta, był okres władztwa szwedzkiego w latach 1648-1720. Chcieli oni z Nowego Warpna stworzyć twierdzę. Centrum miasta znajdowało się na wyspie, oddzielonej od stałego lądu fosą. Szwedzi nie zrealizowali swojego planu do końca. Za mało czasu, do tego jeszcze wielki pożar w 1692 rok, po którym znaczna część mieszkańców przeniosła się do położonego po drugiej stronie jeziora nowowarpieńskiego, Starego Warpna-Alt Warp. Szwedzi panowali krótko, ale fortyfikacje, które pozostawili, rozebrano dopiero w XIX wieku. Wtedy też, zasypano fosę i miasto znalazło się na półwyspie.
Później przyszło panowanie pruskie. Niewiele osób wie, że na wysokości Nowego Warpna rozegrała się pierwsza bitwa morska stoczona przez Prusy. Było to 10.09.1759 roku. Przeciwnikiem była flota szwedzka, która okazała zbyt mocna. W 1846 roku zapadła decyzja o wybudowaniu grobli łączącej Neu Warp z Alt Warp. Prace nad projektem trochę się ślimaczyły, zupełnie jak współcześnie u nas. W rezultacie projekt ten zatwierdzono dopiero w 1908 i nigdy go nie zrealizowano. Ale i tak okres panowania pruskiego to nienajgorsze lata dla rozwoju Nowego Warpna. Pod koniec XIX wieku powstało połączenie kolejowe ze Szczecinem, którego już dawno nie ma. W tym czasie znajdował się tam również dom starców, szpital, poczta, szkoła, dom towarowy, łaźnia miejska i mleczarnia. Natomiast w okresie międzywojennym Niemcy odkryli uroki turystyczne miasta, co przyczyniło się do dalszego rozwoju.
Niestety po II wojnie światowej miasto nie miało tyle szczęścia. Położenie geograficzne sprawiło, że Nowe Warpno znalazło się na „końcu świata”, i to takim końcu, który nikogo nie interesował. Krótki okres prawdziwej prosperity pojawił się gdy nastał czas promów wolnocłowych. Był to wtedy jeden z najbardziej ruchliwych portów w Polsce. Pogranicznicy odprawiali codziennie tysiące ludzi. Sam też raz skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Akurat mieliśmy okrągłą rocznicę ślubu. Wziąłem więc dwóch pomocników, obowiązywały limity, i zrobiliśmy stosowne zakupy. To eldorado szybko jednak się skończyło i znowu zapanowała cisza i spokój.

Obecne władze starają się aby wykorzystać niewątpliwe walory turystyczne tych okolic. Czeka ich jednak wiele pracy. Na pewno dobrym pociągnięciem było oddanie w prywatne ręce portu rybackiego w 2009 roku. Firma SKAGEN, która zajmuje się czarterowaniem jachtów wzięła się z zapałem do pracy. W pierwszej kolejności zrobili przyzwoite sanitariaty. Chwała im za to. Sprawili też nam, wspólnie z jedną z piekarni (przepraszam, nie pamiętam którą) bardzo miłą niespodziankę w czasie Etapowych Regat Turystycznych. Otóż, rano, przed wypłynięciem w rejs czekały na nas na kejach kosze z bułkami. W pierwszej chwili żeglarze byli nieco zaskoczeni i nie bardzo wiedzieli o co chodzi, ale gdy wszystko się wyjaśniło, radość była wielka. A sama marina jest bardzo sympatyczna. Trzeba, jak to na Zalewie, uważać by dopływając do Nowego Warpna nie wpakować się na mieliznę. Najlepiej trzymać się toru wodnego. Na samym Zalewie mnóstwo sieci i ogromne kamienie tuż pod wodą w okolicach Podgrodzia. Trzymam kciuki za tych ludzi, którzy chcą coś zrobić w Nowym Warpnie.

Z zupełnie innej beczki, nasunęła mi się refleksja, gdy przeglądałem zdjęcia mające stanowić ilustrację tego tekstu. Byłem w Nowym Warpnie już wiele razy, wydawało mi się, że zrobiłem sporo zdjęć, tym czasem nie miałem co wybrać. Czasami, często, nie fotografuję czegoś, bo już tu byłem, bo już to obfotografowałem. A gdy dochodzi co do czego, to okazuje się, że nie mam takich ujęć, z których byłbym zadowolony. Dla czego tak oszczędzam? Przecież w dobie fotografii cyfrowej nie jest to niczym uzasadnione.
           

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Uroki Pomorza Zachodniego - Kamień Pomorski

Północno-zachodni kraniec naszego kraju to świetne miejsce do uprawiania żeglarstwa. Połączone akweny Jeziora Dąbskiego i Zalewu Szczecińskiego stwarzają pod tym względem ogromne możliwości. Do tego jeszcze możliwość wyjścia na Zatokę Pomorską. Nic tylko żeglować.
Sam Zalew Szczeciński, laguna przybrzeżna,  to spory zbiornik wodny. W zależności od poziomu wody jego powierzchnia waha się od 666,5 km2 do 687 km2. Natomiast średnia głębokość wynosi ok. 3,8 m. Zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie znajduje się kilka ciekawych przystani żeglarskich. Jeszcze kilka lat temu sporym problemem była granica państwowa, pilnie strzeżona przez obie strony, mimo że podobno żyliśmy w wielkiej przyjaźni. Pamiętam jak jednego roku szykując się do startu w regatach właśnie w okolicach Nowego Warpna, tuż przy granicy, obserwowaliśmy niezwykłe manewry naszych pograniczników na niewielkiej łodzi patrolowej. Tak jakoś dziwnie się krzątali, że jednemu z nich spadła czapka do wody. Wiadomo, czapka ważna sprawa, my też nie raz gwałtownymi manewrami ratowaliśmy czapki spadające do wody. Ale dzielni pogranicznicy te manewry wykonali aż tak gwałtownie, że jeden z nich wylądował w Zalewie. Wtedy już akcja ratownicza rozkręciła się na dobre i nie było czasu na pilnowanie, czy przypadkiem któryś z tych niesfornych żeglarzy nie przekroczy granicy państwa.
Zalew Szczeciński nie jest wcale takim łatwym i bezstresowym akwenem. Przede wszystkim wynika to z licznym mielizn, które uprzykrzają życie żeglarzom. Często trzeba ściśle trzymać się wyznaczonych torów wodnych aby nie utknąć.  A i wiatry też potrafią tu wiać całkiem przyzwoicie, co w połączeniu z wielkością Zalewu sprawia, że fale też bywają niczego sobie.   
Do moich ulubionych przystani po naszej stronie należą Kamień Pomorski i Nowe Warpno.

Do Kamienia Pomorskiego można podejść od morza, od strony Dziwnowa, lub od południa Dziwną.  Ani jedno, ani drugie podejście nie jest specjalnie komfortowe. Płynąc od północy najpierw trzeba wejść w główki Dziwnowa, co przy silniejszych wiatrach, szczególnie N-W, bywa dosyć ryzykowne. Później trafiamy na most drogowy w Dziwnowie. Kiedy już go nam otworzą kierujemy się na Jezioro Wrzosowskie, gdzie zalecane jest ścisłe trzymanie się farwateru, jeżeli nie chcemy stanąć na mieliźnie. Dziwnów raczej czym prędzej należy minąć, tam zbytnio żeglarzy nie lubią, a to co niby jest przystanią jachtową, pomińmy milczeniem.



Płynąc od południa też nie jest lekko. Płycizny i mosty. Stary most drogowy w Wolinie otwierany jest dwa razy dziennie. Jeżeli się nie załapiecie, to trzeba czekać do następnego dnia, a marina w tym jakże szacownym mieście, jest biedniutka, oj biedniutka. I nawet to, że są tam sympatyczni ludzie nie poprawia zbytnio sytuacji. Kolejne mosty, kolejowy i nowy drogowy, też nie ułatwiają żeglarzom życia, prześwit pod nimi to tylko 12 m. Widziałem ludzi, którzy balastowali na bomie i na topie masztu, by jak najbardziej przechylić jacht i jakoś się pod tymi mostami zmieścić. Ten nowy most drogowy to w pewnym sensie symbol podejścia do żeglarstwa. Z jednej strony nieliczni zapaleńcy robiący co mogą dla rozwoju i popularyzacji żeglarstwa w naszym rejonie a z drugiej mur obojętności i niezrozumienia. Ktoś tam walczy o Zachodniopomorski Szlak Żeglarski, ktoś się stara o rozbudowę tej czy innej mariny, ale wśród decydentów jakoś nie widać poparcia dla działań, które mogły by doprowadzić do tego, że turystyka byłaby jedną z wizytówek naszego województwa.

Kiedy pokonamy różne trudności i wpłyniemy na Zalew Kamieński pojawi się nam panorama Kamienia Pomorskiego, niewielkiego miasta, liczącego niespełna 10000 mieszkańców.. Już sama panorama miasta jest bardzo zachęcająca. A dalej jest jeszcze lepiej. Przytulna przystań, z przesympatycznymi ludźmi. Władze miasta które doceniają pożytki z rozwoju żeglarstwa. Pobyt w Kamieniu w czasie dorocznych Etapowych Regat Turystycznych należą do moich ulubionych. Tu się dba o żeglarzy, a pod koniec 2011 roku ma być jeszcze lepiej, bo na listopad zaplanowane jest ukończenie budowy nowej mariny na 240 miejsc. Oby tylko nieco lepiej chroniła jachty przy silnych zachodnich wiatrach, bo na razie to jest największa bolączka cumowania w Kamieniu.

Kiedy już zacumujemy i sklarujemy jacht warto wybrać się „na miasto”. Najpierw trzeba się posilić, oczywiście smażoną rybą. Ale w tej najbardziej znanej smażalni przy molo. Trzeba pójść za marinę, do rybaków, tam jest prawdziwa smażalnia. To tam jadłem, jak dotychczas, najlepsze smażone ryby na świecie. Uwaga, porcje są dla dorosłych facetów. Jak wiem, że jak człowiek się naje to trudno mu się ruszyć. Ale warto, bo jest co w Kamieniu oglądać, a przy okazji spali się nieco rybki.

Najstarszy ślad dotyczący osady położonej w miejscu obecnego Kamienia, lub tuż obok, znajdziemy na mapie Ptolemeusza z 142-147 r pod nazwą Rugium.  Już w IX wieku istniał tu gród a w X pojawiło się podgrodzie. Tu rezydował pierwszy słowiański historyczny władca Pomorza Zachodniego, Warcisław I. Od 1175 roku mieściło się tu biskupstwo. W 1274 roku miasto uzyskało prawa miejskie. W XIV w Kamień Pomorski przystępuje do Związku Hanzeatyckiego. Miasto przechodziło z rąk do rąk, podobnie jak całe Pomorze. Władze Pruskie usprawniły połączenie Kamienia ze Szczecinem i innymi miastami regionu otwierając w 1842 roku połączenie żeglowne, a w 1892 roku połączenie kolejowe.
Już w 1876 roku odkryto źródła solankowe. Na ich bazie powstało uzdrowisko funkcjonujące do dzisiaj.
W Kamieniu odbywa się co roku jeden z większych festiwali muzyki organowej.  Koncerty odbywają się w katedrze sw. Jana Crzciciela romańsko-gotyckiej bazylice. Znajdują się tam barokowe organy, które  ufundował w 1669 r. ostatni po kądzieli z rodu Gryfitów książę pomorski Ernest Bogusław de Croy i Arechot. Konstruktorem i budowniczym organów był Michał Bergiel ze Szczecina. O wielkości instrumentu świadczą dane: 13 m szerokości, 9 m wysokości i 2660 piszczałek Koszt budowy wyniósł 4000 talarów. Pierwszy koncert odbył się w grudniu 1672 r. W czasie działań wojennych organy poważnie uszkodzono. Wyremontowano je w 1962 r. Przywrócono instrumentowi dawną świetność. Osiągnął ponownie 47 głosów i ma teraz 3300 piszczałek.



Sporo miejsca poświęciłem Kamieniowi, a można by jeszcze co nieco dorzucić. Dlatego do Nowego Warpna pożeglujemy następnym razem.

piątek, 28 stycznia 2011

Po sezonie


Szukając odrobiny ciszy i spokoju podróżujemy na krańce świat. Płacimy horrendalne pieniądze, znosimy niewygody długich podróży, cierpimy niekończące się katusze odpraw na lotniskach by przez kilka dni cieszyć się tym czego nie mamy na co dzień.
A może, nad morze, i to te „polskie”, tyle, że w listopadzie, grudniu lub styczniu. Nawet w Międzyzdrojach, tak rozwrzeszczanych w lecie, cisza i spokój. Pojedyncze postacie na plaży, mocno opatulone we wszystko co zabrały ze sobą z domu. W mieście większość lokali pozamykana. Z lekka zdewastowane obiekty, które zarabiają tylko w lecie. Gonione przez wiatr śmiecie. Na Promenadzie Gwiazd wspomnienie lat świetności, gdy Międzyzdroje gościły gwiazdy polskiego show biznesu. Przy końcu reprezentacyjnej promenady jeszcze nie całkiem wykończony, monstrualny, betonowy koszmar. Pamiętam wiele lat temu jak ludzie z niedowierzaniem kręcili głowami, gdy powstawał kompleks trzech hoteli na skaju miasta. Kto pozwolił na budowę tego szkaradztwa? Minęło kilkadziesiąt lat, zmienił się ustrój, zmieniły się władze i realia ekonomiczne i mamy kolejny betonowy bunkier wielkości mastodonta. W tym otoczeniu nawet reprezentacyjny hotel Amber Baltic wygląda na nieco podupadły. A wszędzie nastrój smutku i przygnębienia. Hotel, w którym chciałem mieszkać tak wyziębiony, że nie pomogło włączenie dodatkowego podgrzewacza. Trzeba było uciekać, bo nawet w pełnym ubraniu nie można było tam wysiedzieć.
I tylko te kilka knajpek, otwartych jakby na przekór wszystkiemu. Świeżutki dorsz, żaden tam filet „U Rybaka”. Kawałek dalej pyszne ciastko z grzanym winem. Wszędzie cisza i spokój. I tylko szkoda, że to wszystko takie smutne.  

wtorek, 25 stycznia 2011

Reise Fieber

Nie byłem jeszcze w tym roku na nartach i nie mogę się już doczekać, kiedy wreszcie to nastąpi. Niestety przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać. Wspominam więc wyjazdy z poprzednich lat i się rozmarzam. Śmiganie na nartach to jednak wielka frajda. Nawet wypady w nasze góry dostarczają miłych wrażeń i nie są w stanie tego zepsuć różne niedogodności jak chociażby koszmarnie długie stanie w kolejce do wyciągu, wieczne problemy z parkingami, naśnieżanie stoków w ciągu dnia itd., itd. Zjeżdżanie na nartach to jest to.
Jeden z fragmentów Nassfeld Skiarena
Przez kilka lat jeździliśmy na narty do miejscowości Tropolach w Austrii, do ośrodka Nassfeldskiarena. Zabawne jest to, że nassfeld to mokre pole, a tym czasem mieliśmy tam zawsze świetną pogodę. Z resztą, w ogóle polecam to miejsce, jest świetne. Duża ilość tras i wyciągów, połączone kilka dolin, liczne knajpki, po prostu super. Jeden z fragmentów ośrodka leży tuż przy granicy z Włochami, więc na przerwę można tam zjechać i w prawdziwej włoskiej knajpce zjeść prawdziwą włoską pizzę.
Jednego roku postanowiliśmy coś zmienić i pojechaliśmy do Włoch, do Val di Sole, czyli słonecznej doliny. Nigdy wcześniej, ani nigdy, jak dotąd nie mieliśmy takiej kiepskiej pogody w czasie naszych wyjazdów narciarskich. A żeby już nas dobić ostatecznie, w sobotę kiedy już wyjeżdzaliśmy zrobiło się cudownie.
Pożegnalny poranek w Val di Sole
Uwaga! Uwaga! W tym roku znowu wybieramy się do Włoch, tyle że nie do Słonecznej Doliny. Jak będzie?

niedziela, 23 stycznia 2011

Egina - wyspa tuż przed metą.

Jest taka bogini, nazywa się Afaia, z którą jest cała masa kłopotów. A i ona sama też miała dosyć burzliwe życie. No bo tak, czyją ona właściwie była córką? Najprawdopodobniej Zeusa i Leto. Ale z Zeusem, samie wiecie jak to było. Miał tych dzieci tyle, że trudno ustalić ile ich w końcu było. Gdyby jednak faktycznie była córką tych dwojga, znalazłaby się w zacnym towarzystwie, jej rodzeństwem byliby bowiem Apollo i Artemida. Problem jest też z jej imieniem. Zdaje się, że początkowo występuje pod imieniem Britomartis i hasa sobie po Krecie. Patronuje myśliwym i rybakom. Niektórzy przypisują jej wynalezienie sieci rybackiej.  Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy zwraca na nią uwagę Minos, król Knossos. Piękna dama nie ma zbytniej ochoty na związek ze starym prykiem i ucieka co sił w nogach. Oficjalna wersja mówi, że doprowadzona do ostateczności, aby uwolnić się od zalotów Minosa rzuca się ze skały, by odebrać sobie życie. Ratują ją jednak rybacy wyławiając z morskiej otchłani, a jakże siecią, a paskudny Minos daje za wygraną. Ale coś mi się wydaje, że to była sprytnie ukartowana intryga. Cały ten bajer z uratowaniem przez rybaków, był opowieścią dla plebsu, który kochał Britomartis, i groził rozruchami, gdy coś jej się stało. Także z Minosem, chyba było inaczej. Wcale nie zamierzał rezygnować. Więc piękna Britomartis pozoruje swoją śmierć i znika. Władca Krety nie wie co się stało więc opowiada bajkę o uratowaniu przez rybaków i koniecznym długim odpoczynku po ciężkich przejściach. Tym czasem sprytna nimfa odnajduje się na wyspie Eginie pod przybranym imieniem Afaia. Tam również zyskuje sobie sympatię mieszkańców, którzy najprawdopodobniej czegoś się domyślali i z wdzięczności strzegli tajemnicy o swojej bogini, bo Afaia do dziś dzień pozostała boginią znaną tylko na tej jednej wyspie.
Jak wynika z wykopalisk, już od XIV w p.n.e. było to miejsce kultu. Świątynia poświęcona Afaii została wzniesiona, gdzieś koło VII wieku p.n.e., później był pożar i odbudowa pod koniec VI w p.n.e.. Teraz jest to jedna z atrakcji wyspy Egina. Wyspy położonej blisko Aten, dla tego bardzo chętnie odwiedzanej przez żeglarzy kończących swoje rejsy po Cykladach czy Zatoce Sarońskiej. Najczęściej płyną do miasta o tej samej nazwie co wyspa, czyli Egina. Jest to największe miasto na wyspie. Nawet w latach 1826-1828 było pierwszą stolicą odrodzonej, nowożytnej Grecji. Gdy dopłynęliśmy do portu, z trudem udało nam się znaleźć ostatnie miejsce do zacumowania. Po nas przypłynęło jeszcze parę innych jachtów, z których trzy przytuliliśmy do nas. Wisieliśmy na końcu kei jak kiść winogron.  Niestety mój pobyt w Eginie był na tyle krótki, że zbyt wiele nie mogłem zwiedzić. Trochę pochodziłem po wąskich uliczkach, przyjrzałem się targowi rybnemu i pobiesiadowałem w knajpie. W odpowiedzi na prośbę o domowe wino, kelner przyniósł nam karafki z riciną. Widząc nasze miny po pierwszym zamoczeniu ust, bez słowa, szybciutko przyniósł nam normalne wino.
PERDHIKA
Drugi port na Eginie, który miałem okazję odwiedzić, to Perdhika. Miasto znacznie mniejsze od Eginy, ale przynajmniej na pierwszy rzut oka sympatyczniejsze, do tego z ładną plażą i bardzo malowniczo położonymi knajpami. W porcie nie obyło się bez emocji. Oczywiście zbyt wielu miejsc co cumowania nie było, ale coś znaleźliśmy. Tyle, że jak już byliśmy przy kei, okazało się, że między naszą łódką a keją jest całkiem pokaźnych rozmiarów głaz. Trzeba było wybrać się na kotwicy, by odsunąć się na bezpieczną odległość. Wtedy wyszło, że trap nie sięga do kei, trzeba było go oprzeć na tym kamulcu i dopiero z niego można było wyskoczyć na brzeg.
w takim miejscu wieczorem można siedzieć bez końca
Trzecie miejsce związane z Eginą, które miałem okazję poznać to kotwicowisko przy Agia Marina. Gorąco polecam, pięknie położona zatoczka. Nie ma tam portu, ale jest on zupełnie niepotrzebny. W zatoczce są też urzekające plaże, wszak jesteśmy w kurorcie.

widok na zatokę od strony Agia Marina
Po zakotwiczeniu, część załogi wpław, część na pontonie, udaliśmy się na stały ląd. Naszym celem świątynia Afaii. Samo południe, światynia na 160-metrowym wzniesieniu, piękna słoneczna pogoda. Ci, którzy do brzegu przepłynęli wpław, błyskawicznie wyschli i równie szybko byli mokrzy od potu. Nie ma jednak odwrotu i warto było. Obiekt naprawdę interesujący. Jedyna grecka świątynia, w której zachowała się druga kondygnacja małych kolumn. A w budynku muzeum klimatyzacja, więc niemal każdy, choćby na chwilę usiadł sobie na zimnej, kamiennej posadzce by to i owo ostudzić. A kiedy już się nieco ochłonie warto się rozejrzeć dookoła, widoki na zatokę i morze są fantastyczne!
Świątynia Afai
Egina to pistacjowa wyspa. Również przy wejściu na teren świątyni Afai znajduje się kiosk, gdzie można je nabyć pod najróżniejszymi postaciami. Przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy, zdecydowanie największą popularnością cieszyły się lody, oczywiście pistacjowe.

sobota, 22 stycznia 2011

W zaciszu Bożavy


To co nas otacza, jest zdecydowanie, coraz mniej optymistyczne.  Media atakują nas codziennie jazgotem, w którym coraz trudniej odnaleźć jakąś rzeczową informację czy ciekawą wymianę zdań. Politycy, niestety, nie tylko polscy, osiągnęli już tak beznadziejnie niski poziom , że próbując wśród nich dokopać się do, choćby najmniejszych pokładów szlachetności, wpadamy w czarną dziurę. Jak zbudować swój świat, rzeczywistość równoległą, równoległą do tej medialnej, i tej kreowanej przez wielkie międzynarodowe korporacje? Trzeba to zrobić, bo inaczej się zwariuje, albo da się wtłoczyć w plastikową rzeczywistość co jest równoznaczne z obłędem. Na szczęście to nie boli, ale po co w tym tkwić? Lepiej mieć swój świat i żyć po swojemu. 


Jest wiele pięknych miejsc na świcie, gdzie można by normalnie spędzać czas, ale coś nas ciągnie do wirującego szaleństwa, zgiełku, tandety, pośpiechu. Już dawno stwierdzono, że ludzie przeprowadzający się za miasto, jak to się mówi „na wieś”, wcale specjalnie nie zmieniają swojego trybu życia. Oni tylko zmieniają lokum. Ostatnio mówił mi kolega mieszkający za miastem, pod lasem, że już od dawna nie mają czasu cieszyć się z piękna okolicy, w której mieszkają. Do swojego domu przyjeżdżają na noc aby przenocować i bardzo wcześnie rano wracają do miasta, do pracy i tego wszyskiego co się z tym wiąże.
Żeglując po Adriatyku trafiłem do miejscowości Bożava na wyspie Dugi Otok. Raptem ok. 350 mieszkańców, knajpy, sklep, poczta, trochę zabytków (dwie iliryjskie osady, kościół z IX w, mury obronne z XVIII w) i to prawie wszystko. Jest jeszcze kompleks hotelowy „Bożava”, ale stanowi on pewien zgrzyt, niespecjalnie pasuje do otoczenia.  A, zapomniałbym, jest coś, co miejscowi nazywają plażą. Nieźle można się tam poobijać i pociąć, strasznie ostre kamulce, jakby zupełnie nie było trwającej od tysięcy lat obróbki wodnej. Ale jest pięknie.

Spacerując uliczkami Bożavy, wchodząc na wzniesienia, z których można było podziwiać urocze widoki, zastanawiałem się czy byłbym w stanie żyć na co dzień w takim miejscu. Jak bym tam mógł funkcjonować? Czy byłbym w stanie w tym raju się jakoś utrzymać? Czy by mi nie brakowało po pewnym czasie większego miasta? Po jakim? Po tygodniu, po miesiącu, po roku? Trudno powiedzieć. Zupełnie inaczej jest, gdy coś się rozważa teoretycznie, szczególnie gdy jest to tak radykalna zmiana stylu życia, a inaczej gdy wdraża się to już realizuje. Pewnie nigdy nie będzie mi dane sprawdzić jak to jest, ale wizytę w Bożavie gorąco polecam. I koniecznie trzeba wejść na szczyt wzniesienia ponad miastem. Widoki, jakie stamtąd się podziwia, są tego warte.     

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...