wtorek, 18 stycznia 2011

Zapuszkowani ułani.

Jeżdżę sobie po naszym pięknym kraju. Czasami też wypuszczam się gdzieś poza granice. A  drogie mojemu sercu, czerwone wozidełko, służy mi wiernie i niezawodnie. Mogę więc spokojnie i z dystansu obserwować różne ciekawa zjawiska na drogach. Obserwuję i nieodmiennie się dziwuję.
Taka sobie ulica w moim mieście, niezbyt szeroka, dziurawa i z torowiskiem po środku, do tego dosyć mocny "S". Słuszę, że gdzieś tam za zakrętem jedzie na sygnale karetka. Lekko zwalniam i czujnie się rozglądam co się będzie działo. Tymczasem kierowca za mną nie wytrzymuje ciśnienia. A co się będzie wlókł 40 na godzinę! Przydepnął i wyprzedza. Wyprzedza i mnie, i tego przede mną. Wychodzi już prawie z drugiej części "esa" i ... trafia prosto na karetkę.
Przejechałem dzisiaj ok 700 km. Ruch na drodze niewielki, pogoda fantastyczna jechało się więc doskonale. Długimi odcinkami włączałem tempomat i delektowałem się cudowną polską złotą jesienią. Ależ uroczo. W pewnym momencie doganiam jakiegoś fiata bravo. Jego kierowca, jak się później okazało młoda dama, gdy mnie dojrzał w lusteru zaczął przyspieszać. Gdy bravo przyspieszyło do mojej prędkości ustawionej na tempomacie, zaczęłem znowu jechać swoją prędkością, a tamten zaczął mi odjeżdżać. Niech sobie jedzie. Ale za jakąś godzinę znowu dogoniłem ten samochód i znowu to samo. Odjechał mi. W końcu gdzieś tam na A 4 go wyprzedziłem. Ciekawe o czym ta młoda dama myślała? Ee.. czy na pewno myślała?
Na krętych odcinkach między Skwierzyną a Międzyrzeczem dogoniłem i wyprzedziłem elegancką "eskę". Podobają mi się, szczególnie ten poprzedni model. Fajne auta. I jeszcze sobie rozmyślałem o urodzie i klasie tych aut, gdy rozpoczęła się obwodnica Międzyrzecza. Okazało się, że chyba mocno uraziłem dumę kierowcy tej czarnej limuzyny bo gdy tylko zaczęła się prosta ów dżentelmen tak przydepnął, że nawet nie zdążyłem powąchać jego spalin.
Kilka dni temu wracałem z Warszawy. Byłem zmęczony i gdy tylko wykaraskałem się z warszawskich korków i jechałem spokojnie ekspresówką w kierunku Płońska mogłem wreszcie się wyluzować. Miałem na liczniku jakieś 115 km/h (ups! czyli nieco więcej niż dozwolone, przepraszam). Przede mną jechało jakieś auto wyraźnie wolniej niż ja, zaczęłem je wyprzedzać. Niestety, nie przyśpieszyłem zbytnio a tu już za mną pędzi vito. prawie wskoczył na mój zderzak. Ależ musiał być wzburzony tym czerwonym zawalidrogą. Wyobrażam sobie jakie słowa kierował pod moim adresem. Myślę, że "ty gamoniu" byłoby zbyt delikatne, by mogło mu przyjść do głowy. Skuliłem więc potulnie uszy po sobie, a mam je całkiem duże, i jak tylko skończyłem wprzedzać zjechałem na prawy pas i zwolniłem bo zobaczyłem przed sobą znak z ograniczeniem prędkości do 70. Usłyszałem groźne warknięcia vito, którym jego kierowaca jeszcze raz przypomniał mi, że w zasadzie to powinienem jechać po poboczu a nie drogą, i vito pomknęło w siną dal. To znaczy, niezupełnie pomknęło. Bo jak już chciał tak sobie pomknąć, okazało się, że auto, które za nim jechało, to był nieoznakowany radiowóz. Panowie policjanci uznali, że należy zwrócić uwagę dżentelmenowi z vito, włączyli więc co trzeba i zatrzymali jegomościa.
I tak dalej, i tak dalej. Takie różne opowieści można by ciągąć bez końca. Przejazd przez nasz kraj kilkuset kilometrów zawsze dostarcza wielu emocji. Dla czego tak się dzieje? Co chcemy udowodnić? Ułani na koniach mechanicznych, w blaszanych zbrojach karoserii. Młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. I odrębna kategoria, przedstawiciele handlowi. Czy nasze drogi to miejsce gdzie rozładowujemy nasze frustracje? Łatamy nasze ego? Zamknięci w metalowych puszkach jesteśmy anonimowi, możemy więc pozwolić sobie na więcej.
Porównanie do ułanów chyba nie jest najlepsze. Ułani szarżowali na niemieckie czołgi z odsłoniętą twarzą, nie byli schowani w blaszanej puszce. Zachowujemy się raczej jak średniowieczni rycerze zapakowani w metalowe zbroje i do tego te zakute łby. 


Ludzie na zdjęciach.

Fotografowania ludzi raczej nie da się uniknąć. Powiedziałbym nawet, że niewiele jest zdjęć, gdzie człowiek nie występuje czy to jako motyw główny, czy choćby jako element przypadkowy. A są ludzie, dla których zdjęcie bez ludzi jest zupełnie nieciekawe. Czasami, gdy pokazuję zdjęcie jakiegoś pospolitego owada, którego udało mi się jakoś ciekawie uchwycić, oglądający patrzą na mnie jak na dewianta. Nerwowo przenoszą spojrzenie ze zdjęcia na mnie i z powrotem, na mnie, na zdjęcie, na mnie …. Wręcz widać jak nieskoordynowane myśli wirują w ich głowach. Nie wiedzą, co mają powiedzieć, nie wiedzą jak mają się zachować. Wtedy należy, czym prędzej wyjąć jakąś fotkę z imienin u cioci i wszystko wraca do normy.

Bez względu jednak na motywację człowiek jest podstawowym motywem naszych zdjęć. Dla jednych będzie to codzienne rzemiosło, ot choćby zdjęcia do dokumentów, dla innych będzie to swoista kronika rodzinna a dla jeszcze innych będzie to emanacja pasji twórczej. Powstało już wiele, bardzo wiele, pięknych fotografii ludzi, i wciąż powstają nowe. Jest co podziwiać. Poszukiwania tych najwspanialszych idą w różnym kierunku, ale zawsze niosą ze sobą wielki ładunek emocji: James van der Zee, Yousuf Karsh, Chuck Close, Jeremy Cowart, Ryszard Horowitz, Wacław Wantuch i wielu wielu innych.

Okazuje się jednak, że wcale nie jest to taka prosta sztuka. W jakiej pozie uchwycić fotografowaną osobę, jak ją oświetlić, na jakim tle itd. Jest wiele spraw do rozważenia. Jeżeli zdjęcie ma coś opowiedzieć, to fotograf musi się postarać. Musi wykazać swój kunszt i wyczucie smaku. Powstało już sporo książek na ten temat, które mogą być bardzo przydatne. Można znaleźć w nich mnóstwo porad technicznych.  Przede wszystkim musi być jednak jakaś wizja artystyczna, a przynajmniej estetyczna.

Oglądając rodzinne albumy, coraz rzadsze, lub coś w rodzaju pokazów, jakże często niestety na laptopach, podziwiam brak krytycyzmu moich bliźnich. To naprawdę nie jest łatwe, tak zrobić zdjęcie z imprezy rodzinnej, by zdjęcia nie zdominował bałagan panujący na stole, częściowo zjedzone sałatki, nieco opróżnione butelki, kawałki skórek od pomarańczy, pomięte serwetki. Jak od tego uciec? Na pewno nie śpieszyć się przy robieniu zdjęć. Przecież każdy aparat ma albo jakiś wizjer lub wyświetlacz. Korzystając z nich nie patrzmy tylko w twarz głównego bohatera, popatrzmy co jest dookoła niego.
Szczególnie rozczulają mnie babcie szalejące za swoimi wnusiami, co z resztą jest całkiem zrozumiałe, prezentujące setki zdjęć swoich ulubieńców, na których nic więcej nie ma i w zasadzie nic się nie dzieje.  Są też dzielni młodzieńcy, którzy korzystając z łatwości robienia zdjęć kompaktowymi cyfrówkami, robią autoportrety z odległości wyciągniętej ręki. W rezultacie widzimy podgardle dobrze utuczonego prosiaka. Na podobnej zasadzie robią sobie zdjęcia rozchichotane nastolatki obejmujące się z najlepszą przyjaciółką i kierujące obiektyw i lampę błyskową sobie prosto w twarz. Kompozycji takiego zdjęcia nic nie uratuje, na szczęście programy do obróbki zdjęć pozwalają przynajmniej załatwić sprawę czerwonych oczu.
A co powiecie o dżentelmenach umieszczonych centralnie na zdjęciu, zapełniających jego znaczną część, na rozstawionych nogach jak Rambo i z rękoma na bioderkach niczym krakowianka?  

Oczywiście można tak sobie grymasić bez końca, ale to jest tylko jedna strona medalu. Trzeba przyznać, że nowoczesna technika bardzo ułatwiła dostęp do fotografii i to też da się zauważyć. Okazuje się, że na szczęcie, nie brakuje ludzi wrażliwych na piękno i takich którzy potrafią uchwycić emocje i takich, którzy potrafią wyczarować magię. I dla tego warto się temu poświęcić.


poniedziałek, 17 stycznia 2011

Moje zmagania z Kanałem Kilońskim

Płynąc z Holandii do Świnoujścia mamy do wyboru dwie możliwości. Albo skierujemy się na północ i opłyniemy Półwysep Jutlandzki albo skierujemy się do Kanału Kilońskiego. Kiedy zaczyna brakować czasu decydujemy się oczywiście na kanał, a tu opinie są różne. Na pewno z żeglarskiego punktu widzenia nie jest to zbyt pasjonująca trasa. Wybudowany w latach 1887-1895 kanał, nazywany początkowo Kanałem Cesarza Wilhelma, liczy sobie 98,6 km długości. Niewiele się tam dzieje a do tego prędkość maksymalna jest ograniczona do 8 węzłów. Oczywiście dla jachtów jest to dosyć duża prędkość i niewiele z nich pływa z takimi prędkościami. Tak więc chcąc pokonać kanał w jeden dzień trzeba wystartować wcześnie rano i uzbroić się w dużo cierpliwości.


Płynąc od strony Morza Północnego kierujemy się do estuarium Łaby i w kierunku Brunsbüttel, niewielkiego miasteczka, raptem 13,5 tyś mieszkańców, w Szlezwiku-Holsztynie. Uwaga, miasteczko, może i małe, ale z elektrownią atomową. Przed wpłynięciem do śluzy pilnie obserwujemy światła aby nie podpaść kierującym ruchem. Natomiast po wpłynięciu już do kanału warto zatrzymać się w niewielkiej marinie po lewej stronie aby uzupełnić zapasy przed wielogodzinną, nudną żeglugą. Z niewielu ciekawostek na brzegu warto zwrócić uwagę jak niesamowicie wysoko zawieszone są mosty. Minimalny prześwit pod mostami wynosi 40 m. A skoro już jesteśmy przy tych konstrukcjach to nie sposób przeoczyć podwieszonego pod jednym z mostów wiszącego promu. Podobno na świecie jest tylko kilka takich.


Zwykłych promów, spinających brzegi kanału jest znacznie więcej. Ciekawym jest to, że nazwane są nazwami polskich miast. Jest wśród nich i Stettin. Zastanawialiśmy się czy to z wielkiej sympatii do naszego kraju i polskich miast czy też z innego powodu.


A podróż trwa i trwa. Część załogi zaczyna nudzić się niemiłosiernie, części załogi zaczynają przychodzić do głowy różne figle. Nasz kapitan przewidział taki rozwój sytuacji i zostawił na tę część rejsy chrzest kolegi, który był pierwszy raz na morzu. Padło hasło i na jachcie zawrzało jak w ulu. Przygotowania ruszyły pełną parą. Nie mogło zabraknąć Neptuna i Prozerpiny, diabłów i całej stosownej oprawy z torem przeszkód włącznie. Może pominę szczegóły na wszelki wypadek, ale przez pewien czas załoga miała co robić i zupełnie zapomniała o nudzie. Chrzest się jednak skończył a kanał wciąż nie.  Powoli powróciła dziwna atmosfera. Na szczęście po kanale pływa sporo naszych rodaków. Kiedy zauważyliśmy że doganiamy zaprzyjaźniony jacht, który odbywał podróż na podobnej trasie jak my, postanowiliśmy przedzierżgnąć się w piratów. Każdy złapał co miał pod ręką aby choć trochę upodobnić się do morskich rozbójników. Następnie przygotowaliśmy woreczki śniadaniowe, które napełniliśmy wodą. Gdy zbliżyliśmy się na odległość kilku metrów przypuściliśmy zmasowany atak na naszych „przeciwników”. Bitwa była krótka ale bardzo intensywna. Tamci chcieli nam odpowiedzieć kontratakiem z gaśnicy. Jednak, czy to z powodu zbyt małych umiejętności, czy też wadliwego działania gaśnicy ich plan się nie powiódł a my spokojnie sobie odpłynęliśmy.


Powoli rejs przez Kanał Kiloński dobiegał końca. Na horyzoncie pojawiły się śluzy w Holtenau, dzielnicy Kilonii. Spokojnie, bez pośpiechu wpłynęliśmy do śluzy, dopełniliśmy formalności i czekaliśmy na otwarcie drogi na Zatokę Kilońską. Nie mieliśmy, żadnych przykrych doświadczeń z obsługą kanału, choćby takich o jakich wspominała kpt Krzysztof Baranowski. Znaczy się, Niemcy też ludzie i swoje humory miewają. Ledwo wpłynęliśmy na do zatoki a tu, w całkiem niedużej odległości wynurza się okręt podwodny niemieckiej marynarki wojennej. Niesamowite wrażenie. Na kiosku okrętu otwarły się włazy i pojawili się ludzie. Tak, trochę dla żartu, ale też dla zachowania fasonu oddaliśmy im honory i wyobraźcie sobie, że oni z pełną powagą odpowiedzieli na nasze pozdrowienie. Prawdziwi ludzie morza.
W końcu pojawiły się przed nami mariny Kilonii. Dla żeglarzy to ważne miejsce. Kieler Woche to przecież jedna z największych imprez żeglarskich na świcie. Bierze w niej udział ok. 5000 żeglarzy, rywalizujących ze sobą w ok. 30 klasach. Jest to impreza jedna z największych ale też i najstarszych, gdyż jest organizowana od 1882 roku z przerwami na obie wojny światowe. Tę atmosferę tam na prawdę czuć.

środa, 12 stycznia 2011

Klasa

Klasa, klasa, klasa. Wielki wirtualny byt, wielomilionowa społeczność. Od czasu do czasu wyrzucająca z siebie do świata rzeczywistego jakąś małą, wielce radosną grupkę, by wchłonąć ją za chwilę z powrotem. Wiruje wtedy świat, miesza się czas, mieszają wydarzenia. Czasami nie można z tym dojść do ładu, ale nikomu tak na prawdę na tym nie zależy. Znowu jesteśmy młodzi, znowu mamy po kilkanaście lat i cały świat należy do nas.
Klasa? Smutne szare pomieszczenie, w szkole, gdzieś na peryferiach miasta, o której dawno wszyscy już zapomnieli. Odpadający tynk, koszmarne bazgroły na ścianach i farba łuszcząca się na futrynach. Za oknem widać jakieś ogrody działkowe z rozpadającymi się szopami-altankami, w tle komin w zamkniętej na cztery spusty fabryce. Młodych już tu nie ma, starzy ostatkiem sił zmagają się ze swoimi uprawami.
Klasa? Wielki, rozwrzeszczany świat, piękne damy i eleganccy panowie, goniący z obłędem w oczach dziennikarze. Nasza klasa polityczna. Jaka długa kolejka chętnych by tam się dopchać lub choćby się o nią otrzeć. Niewielu się jednak ta sztuka udaje. O, nie! To oni, ci którym się nie udało, przechodzą na drugą stronę ulicy, zbierają się w tłum i krzyczą. Co krzyczą? Posłuchaj dobrze, już słyszysz? "Precz z klasą polityczną, z tymi nierobami! Politycy to durnie! Politycy to złodzieje!" Ale zajrzyj w ich wnętrze, jak oni zazdroszczą tym którzy dotarli na szczyt, jak bardzo by chcieli być na ich miejscu. Im głośniej krzyczą, tym większa zawiść w nich siedzi.
Klasa? Tak, klasa, ale jaka. Może ta, która jeszcze w niektórych jest. W tym zabieganym, szlonym świecie coraz trudniej ją wypatrzyć. Znacznie łatwiej zauważyć jej brak. Braliśmy kiedyś udział w lokalnych regatach. Raptem piętnaście jednostek, klasa otwarta (jeszcze jedna z wielu klas), wszyscy ścigają się ze wszystkimi, ale już przed zawodami wiadomo kto wygra. Ale płyniemy, bo żeglarstwo to przede wszystkim radość z żeglowania, super zabawa. Jednak główny kandydat do trzeciego miejsca mocno spóźnia się na start. Jesteśmy już przy pierwszej boi trójkąta, kiedy mijamy go płynącego na linię statu. Kolega płynie do komisji i pyta się czy może wystartować, na co otrzymuje zgodę. Po minięciu lini startu płynie jakimś dziwnym kursem, czyżby zrezygnował z wyścigu? Widzi to kilku uczestników regat, ale umyka to uwadze komisji regatowej. Facet "dopływa" do mety na czwartej pozycji. Póżniej, na przystani, nie jest w stanie powiedzieć nawet ile tego dnia odbyło się wyścigów, trzy czy cztery. Jak to udowodnić? Są tylko słowa przeciwko słowom. No i jest jeszcze coś, ta KLASA, którą się ma lub nie, i nic się na to nie poradzi.
W światku żeglarskim, krąży taka opowieść, o kapitanie wspaniałego rosyjskiego żaglowca, który nieco wspomagał się w czasie regat dieslem. W pewnym momencie wiatr prawie całkowicie zdechł i tylko ten jeden piękny żaglowiec posuwał się raźno do przodu. Oczywiście posypały się protesty. I w tym przypadku nie było jednoznacznych dowodów. Jako, że żeglarstwo to zajęcie dżentelmenów, zapytano rosyjskiego kapitana wprost: "Czy pan kapitan wspomagał się silnikiem? Oczywiście, że nie!" - odpowiedział kapitan. "Skoro kapitan mówi, że nie używał silników, to znaczy, że tak było." - stwierdził komandor regat i tak zakończył spór.


PS
Przez kolejne dwa lata, nie zapraszano do tego towarzystwa, ani tego kapitana, ani tego żaglowca.    

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Meandry historii.

Właśnie ukończyłem lekturę „Zaginionych królestw” Normana Davisa. Jestem pod dużym wrażeniem i to z kilku powodów.
Po pierwsze dla tego, co przyznaję ze wstydem, do tej pory nie czytałem jeszcze żadnej książki tego autora, choć tak wiele o nim się w naszym kraju mówi. Okazuje się, że pisze o rzeczach ciekawych i w sposób bardzo interesujący.
Po drugie dla tego, że wiele spośród analizowanych przypadków była mi albo zupełnie nie znana, albo w bardzo niewielkim stopniu. A przecież wiele z wątków dotyczy również naszej przeszłości.
Potrzecie, Norman Davis sprowokował mnie do przemyśleń nad tym jak nas nauczano historii, jakimi ludźmi byli moi nauczyciele.
Po czwarte wreszcie, zainspirował  mnie nowymi marzeniami o kolejnych podróżach. To co napisał o królestwie Aragonii nie tylko poszerzyło moją wiedzę historyczną o niezwykłym państwie, ale też sprawiło, że koniecznie muszę kiedyś te miejsca zobaczyć. Natomiast to co napisał o Bizancjum bardzo mnie zainspirowało do dalszego studiowania historii tego kraju, bo tak naprawdę wiem, że powstało, i że upadło, a co tam się działo przez 1000 lat?
Nie jestem do końca pewien, czy mój odbiór książki był zgodny z intencjami autora. On analizował powstawanie i upadek różnych tworów państwowych. Jedne trwały całe wieki, dochodząc do wielkiego rozkwitu, czas istnienia innych mierzy się zaledwie dniami. Jedne i drugie upadały, bo każde „królestwo” stworzone przez ludzi musi kiedyś upaść, taka jest kolej losu. Ale dla mnie jest to książka o kłamstwie, o przeinaczaniu, zamazywaniu i fałszowaniu historii. Władcy, i ci wielcy i ci mniejsi, bardzo wiele wysiłku wkładają w pisanie historii po swojemu. Tak się dzieje od wieków, dzisiaj również.
Szczególnie poruszyła mnie historia Prus, tak bardzo związana z naszą historią, a do tego wyjątkowo obfitująca w oszustwa historyczne. Stąd już niedaleko do mojego ukochanego Szczecina, którego historia obfitowała w różne zwroty. A to długa historia, zaczęła się gdzieś tam w VII-VI w pne w okresie kultury łużyckiej i wiła się szerokimi zakolami. Byli książęta pomorscy, byli polscy władcy, od 1181 roku księstwo wchodziło w skład Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. W XIII wieku Szczecin stał się miastem hanzeatyckim. W 1630 roku miasto zajęli Szwedzi. W 1713 zostało przyłączone do Prus. Tu się urodziła późniejsza caryca Katarzyna II, która odegrała tak nieciekawą rolę w historii Polski. Była też okupacja Francuska w latach 1806-1813.
Dużo się działo w tym naszym mieście. I dopiero teraz rozumiem zachowanie mojej nauczycielki od historii przed maturą, kiedy to kazała mi się przygotować z historii Pomorza Zachodniego, nie podając ani źródeł ani żadnych innych pomocnych informacji, rzucając tylko ogólne hasło. Przygotowałem się jak mogłem, to znaczy jak poprowadziły mnie oficjalne podręczniki, innych nie znałem. Oczywiście na maturze jedno z pytań dotyczyło tego tematu. Jakoś z tego wybrnąłem, ale zacząłem się zastanawiać nad tym jak mnie uczono i właśnie książka Davisa jest w tym wszystkim klamrą.
Jeszcze kilkanaście lat temu mało, który przeciętny mieszkaniec Szczecina słyszał o kimś takim jak Herman Haken (1828-1916). Najpierw burmistrz Kołobrzegu i twórca tamtejszego uzdrowiska, później, od 01.01.1878 do 31.03.1907 roku nadburmistrz Szczecina. Kończąc swoje urzędowanie w obu miastach otrzymał tytuł honorowego obywatela miasta. I trzeba przyznać, że Szczecin wiele mu zawdzięcza. To był wielki budowniczy, choć zaczął od burzenia. Najpierw trzeba było wyburzyć umocnienia twierdzy Szczecin, które krępowały rozwój miasta. A później się już potoczyło: słynne ronda z gwiaździstym układem ulic, budowa biblioteki publicznej, budowa funkcjonującego i podziwianego do dzisiaj Cmentarza Centralnego, budowa dzielnic peryferyjnych i oczywiście wspaniała wizytówka miasta: Hakenterrase. Dla niewtajemniczonych: Wały Chrobrego. Ten przegląd dokonań nadburmistrza Hakena daje też wyobrażenie co znaczy prawdziwy gospodarz miasta. Co do tego, to od II wojny światowej Szczecin nie miał szczęścia do włodarzy. Ostatnie 20 lat są tego najdobitniejszym dowodem. Może obecny, rozpoczynający drugą kadencję, prezydent przełamie tę nieszczęśliwą serię?
Do tego Szczecin nie miał jakoś specjalnie dobrych notowań u władz centralnych, czego najlepszym dowodem jest przepychanka przy budowie trasy S-3. Trzymam kciuki  za tych co nie rezygnują i walczą. A Rostock zaciera ręce, on już ma połączenie autostradowe z Europą. A wiecie, że Niemcy połączyli Szczecin z Berlinem linią kolejową już w 1843 roku?
Obecne władze próbują promować miasto hasłem Floating Garden. Jakież to pretensjonalne. Ale nasze miasto mogłoby być Pływającymi Ogrodami, ma ku temu wszelkie dane.

niedziela, 9 stycznia 2011

Stopnie żeglarskie

Ruszyły przygotowania do kolejnego sezonu żeglarskiego. W Internecie roi się od ogłoszeń o kursach i czarterach. Jest w czym wybierać, można sobie zaplanować wspaniałe wakacje, można się rozmarzyć. Ja też już zacząłem robić wstępne przymiarki. Chodzi mi po głowie, by w tym roku głównym punktem programu był dwutygodniowy rejs po Cykladach. Wiem, nic oryginalnego. Sam już też tam żeglowałem, ale greckie wyspy, to dla mnie synonim żeglarskiego raju.
Natomiast, gdy czytam ogłoszenia o kursach żeglarskich nachodzą mnie różne refleksje, niekonieczne przyjemne. Znowu nastąpiła zmiana w regulaminie stopni żeglarskich. Znowu, ktoś, coś kombinuje. Nie od dziś wiadomo, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to z całą pewnością chodzi o pieniądze. No i dobrze, wcale nie zamierzam kwestionować potrzeby szkolenia się żeglarzy, bo tego nigdy nie jest za wiele. A jeżeli ktoś szkoli innych to należy mu się za tę pracę wynagrodzenie. Byłoby jednak dobrze, by głównym celem szkoleń było jednak podnoszenie umiejętności uczestników owych szkoleń i by odbywały się one we właściwej atmosferze. Przecież zdecydowana większość żeglarzy nigdy nie będzie prowadziła jednostek komercyjnych, robią to dla własnej przyjemności, by móc samodzielnie prowadzić niewielkie jednostki. A im kto bardziej wgłębia się w tajniki żeglarstwa tym staje się pokorniejszy, nabiera szacunku dla morza.
Pamiętam mój egzamin na sternika jachtowego. Koszmar! Razem z dogrywką trwał prawie dobę. Nasz egzaminator, może i dobry żeglarz, ale jako egzaminator kawał zwykłego bydlaka, cały czas się nad nami znęcał argumentując to tym, że będziemy mieli takie same uprawnienia jak kapitanowie wielkich tankowców. „Ludzie na Akademii Morskiej przez cały rok uczą się nawigacji a wy skończycie taki kurs i już”. I tak co chwilę. Staremu pierdole było po prostu żal, że kolejni ludzie będą mogli cieszyć się radością żeglowania i nie będą musieli prosić takich jak „doświadczonych kapitanów” o poprowadzenie rejsu po Zalewie Szczecińskim. Czy on na prawdę uważa, że ktokolwiek da sternikowi jachtowemu poprowadzić jakikolwiek statek, nawet całkiem niewielki? Jest w naszym kraju wielu doskonałych żeglarzy z zacięciem instruktorskim, wielu doświadczonych i mądrych ludzi, czy nie można stworzyć jakiegoś rozsądnego systemu szkolenia i stopni żeglarskich? Tym bardziej, że są kraje gdzie te tradycje żeglarskie są znacznie dłuższe i moglibyśmy skorzystać z ich doświadczenia.

Jakiś czas temu byłem na szkoleniu żeglarskim w Chorwacji zorganizowanym przez polską firmę i prowadzonym na miejscu przez Polaków, dwóch świetnych gości: Szatana i Geografa. Żeglowaliśmy i uczyliśmy się niemal bez przerwy, a przy tym w sympatycznej atmosferze. Już drugiego dnia popłynęliśmy do miejscowości Prvic Luka jednego z dwóch miasteczek, na wyspie Prvic. Świetne miejsce do wypoczynku. Na tej wyspie żył Faust Vrancic, konstruktor spadochronu. Bardzo sympatyczne, przytulne miejsce, mieszka tam raptem kilkaset osób. Co najważniejsze, nie było tam zbyt wielkiego ruchu jednostek  pływających. Po przypłynięciu i cały następny dzień poświęciliśmy na ćwiczenie manewrów portowych. Do znudzenia dobijaliśmy do kei i odbijaliśmy. A po południu w uroczej knajpce nad brzegiem zatoczki poznawaliśmy światła jakimi posługują się okręty, statki, żaglowce, jachty itp. Szatan starał się to tak pokazać, aby jak najłatwiej było zapamiętać. Kiedy żeglowaliśmy nocą mogliśmy zweryfikować naszą wiedzę teoretyczną. Geograf w czasie pływania wymyślał różne zadania, byśmy poznali zasady pracy z mapą i nawigacją elektroniczną. Kurs zakończył się w kapitanacie portu Zadar, gdzie zdawaliśmy egzamin przed urzędnikami kapitanatu. Może nie był to zbyt rygorystyczny egzamin pod względem formalnym. Nie było testu, nie było listy pytań, ale panowie podeszli do sprawy dosyć poważnie. Oczywiście podstawą były zagadnienia związane z szeroko pojętym bezpieczeństwem żeglugi, posługiwanie się mapą i znajomość podstaw posługiwania się UKF-ką. Jeżeli egzaminatorzy już po kilku pytaniach uznawali, że mają do czynienia, z kimś kto ma pojęcie, szybko kończyli. Jeżeli pojawiały się wątpliwości, egzamin się przeciągał. Nie zależało im na oblewaniu kursantów, raczej starali się pomóc. No cóż, jeżeli jednak, okazywało się, że ktoś faktycznie nie zasługuje na patent, nie zdawał. Z całą pewnością nikt nie czuł się upokorzony.         

sobota, 8 stycznia 2011

Siedem cudów świata.

Pamiętacie?  Na pewno. Oczywiście było kilka zestawień, ale te najstarsze septem miracula mundi, to oczywiście:
  1. Mury Babilonu, starożytnego miasta w Mezopotamii, nad Eufratem. Miały 60 km długości i 100 bram. Najsłynniejsza współcześnie to brama prowadząca do świątyni bogini Isztar. Tyle że okolica mało przyjazna, strasznie dużo pisku, aż zgrzyta między zębami.
    2.   Chryzelefantynowy posąg Zeusa w Olimpii dłuta Fidiasza. Przy okazji Chryzelefantyna          to taka technika rzeźbiarska stosowana w starożytności, która wykorzystywała złoto,            kość słoniową i inne co bardziej kosztowne materiały (od chrysos, złoto i elephas,                  słoń). I siedzi sobie taki dumny, wspaniały jegomość na tronie i tylko czeka, kiedy                  będzie mógł przestać być taki poważny i będzie wreszcie mógł urwać się do swoich,              jakże licznych kochanek.

  1. Wiszące ogrody Semiramidy w Babilonie, które ani ie wisiały, ani nie miały, prócz legendy, nic wspólnego z Semiramidą, córką syryjskiej bogini Derceto, ale były ogrodami założonymi na płaskich dachach i tarasach pałacowych. A do tego pochodziły z VII w pne, były więc znacznie późniejsze..
  2. Kolos rodyjski czyli mierzący sobie 37 m wysokości posąg z 285 r pne dłuta Charesa z Lindos, przedstawiający boga Słońca, Heliosa . I chyba tylko dla tego, że to bóg Słońca, to może tak całymi latami stać w wodzie.
  3. Piramidy egipskie, czyli miejsce naciągania turystów przez arabskich poganiaczy wielbłądów..
  4. Mauzoleum, czyli monumentalny grobowiec satrapy Karii Mausoleosa (IV w pne), w Helikarnasie. Rozpoczęty przez samego Mausoleosa a dokończony przez Artemizję, jego małżonkę i siostrę.
  5. Świątynia Artemidy w Efezie zbudowana w połowie VI wieku pne przez Chersifrona z Knossos. Później spalona przez Herostratosa i ponownie odbudowana, która to jest właśnie uznawana za siódmy cud świata. Miała 111 m długości i 51 m szerokości (czy te wymiary Wam czegoś nie przypominają?). Znajdował się tam m.in. posąg Artemidy z biustem o kilkunastu piersiach, który podobno spadł z nieba.  

Piękne to wszystko i wspaniałe. Tyle, że raczej trudno jest obejrzeć oryginały bo natura i historia obeszły się z nimi dosyć brutalnie. Ale jak ktoś chce, to może wybrać się do Austrii, do miasta Schärding, gdzie znajdzie te cuda. Co prawda nie mają one tych wymiarów, a i lista nie całkiem pokrywa się z tą pierwotną, ale zabawa jest pierwsza klasa. Miasteczko jest urocze, a żeby uatrakcyjnić turystom zwiedzanie miasta, został tam wytyczony szlak siedmiu cudów świata. I pouczająco i zabawnie. A jak już przejdzie się cały szlak można w nagrodę rozsiąść się na bardzo wygodnej huśtawce i dać odpocząć znużonym nogom.

Jeśli już tam będziecie, to pamiętajcie też o miejscowej gastronomii, kapitalna część wycieczki i o kamieniu co przepowiada pogodę. Bo jak kamień jest mokry to znaczy, że pada deszcz. Jak jest suchy, to znaczy, że nie pada. Jak na chodniku jest cień kamienia, to znaczy, że świeci słońce. Jak kamień jest od góry biały, to jest śnieg. Jak kamienia nie widać, znaczy się mgła. Kamień się buja? Ani chybi wiatr wieje. Podskakujący kamień sygnalizuje nam trzęsienie ziemi. A jak kamienia nie ma? Przeszedł ciężki huragan.
I jeszcze jedno. Schärding jest przeurocze, ale jak byście chcieli przenocować, to przejdźcie na drugą stronę rzeki Inn do Niemiec. Łóżka są tak samo wygodne tyle, że taniej.  

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...