piątek, 7 stycznia 2011

Malmö – wielobarwność Szwecji

W miejscu gdzie leży Malmö, Szwecję od Danii oddziela niewielka, aczkolwiek bardzo uczęszczana, woda w postaci Sundu. Od kilku lat można tę odległość przebyć bardzo komfortowo przeprawą tunelowo-mostową. Szkoda, że jak budowali ten tunel, to nieco się nie rozpędzili i nie przekopali tunelu pod Świną, bo obserwując jak władze naszego kraju traktują problem budowy dróg w północno-zachodniej Polsce, to pewnie nie doczekamy się tej przeprawy jeszcze przez następne 100 lat. Mimo, że oba lądy dzieli tak niewielka odległość, mimo, że oba kraje zaliczane są do krajów skandynawskich, to różnice są widoczne i odczuwalne na każdym kroku. I Dania i Szwecja są krajami bardzo zamożnymi, w badaniach samozadowolenia społeczeństw nieodmiennie plasują się na samym szczycie, co ciekawe, w ostatnich kilkunastu latach to Duńczycy są bardziej zadowoleni z poziomu swojego życia (kilkakrotnie byli pierwsi). A jednak są inni. Duńczycy są bardziej dyskretni, jeżdżą starymi samochodami, nie epatują swoją zamożnością. Szwedzi odwrotnie. Tam nie ma wątpliwości, że mieszkańcy tego kraju są bardzo bogaci. Do tego lata bezstresowego wychowania kolejnych pokoleń zrobiły swoje.
Jeżeli, ktoś chce zrozumieć o co chodzi nie trzeba jechać daleko, wystarczy odwiedzić właśnie Malmö. Miasto liczy sobie około 270 tysięcy mieszkańców i jest tam wszystko co charakteryzuje współczesną Szwecję.
W środku miasta jest bardzo ładny rynek, otoczony zabytkowymi budowlami jak choćby ratusz z z XVI wieku. Wokół jest wiele ciekawych uliczek, gdzie nie trudno trafić na magiczne zaułki, jest też orkiestra z metalu, przy której fotografują się z zapałem turyści z całego świata. Przyglądając się temu widzimy kolejne warstwy historii. Widzimy też jak to wszystko było solidnie robione, żadnej tandety, żadnej prowizorki. Przybysz z zewnątrz nie miał prawa mieć wątpliwości, że ma do czynienia z ludźmi zamożnymi i solidnymi.

Ale przenieśmy się nad Sund. Znajdziemy się w centrum nowej dzielnicy, wybudowanej od podstaw nad brzegiem cieśniny. Dzielnica bardzo droga i bardzo nowoczesna a przy tym ładna. Jej najbardziej rozpoznawalnym symbolem jest niesamowity wieżowiec Turning Torso.  Został zaprojektowany przez architekta Santiago Calatravę. Budowa wieżowca rozpoczęła się w 2001 i zakończyła się 27 sierpnia 2005 r.  Turning Torso ma 190 m wysokości i jest drugim co do wysokości obiektem mieszkalnym w Europie. Budynek jest jednym z 25 najwyższych budynków w Europie. W dwóch najniższych segmentach znajdują się biura. W segmentach od trzeciego do dziewiątego znajdują się mieszkania. Na dwóch ostatnich piętrach, 53 i 54, znajdują się sale konferencyjne

Turning Torso to właśnie najdobitniejszy symbol współczesnej Szwecji, reprezentujący siłę jej gospodarki i nie krygujący się w najmniejszym stopniu. Skromności tam nie ma ani odrobiny. Ale to na prawdę warto zobaczyć, jest imponujące.

czwartek, 6 stycznia 2011

Lolland – cisza i spokój

Całkiem niedaleko Polski jest taki dziwny kraj, Dania. Uwielbiam tam spędzać czas. Na czym polega ta niezwykłość? Tam inaczej biegnie czas. Kiedyś, przekraczając granicę niemiecko-duńską autostradą na Półwyspie Jutlandzkim odczułem to najmocniej.  Po stronie niemieckiej samochody na autostradzie mkną  z jakimiś zawrotnymi prędkościami, kierowcy pewni siebie aż emanują swoją mocą a świat wokół jest rozkrzyczny poza granice wytrzymałości.  Tak, Niemcy to jest potęga pod każdym względem i nie pozwolą Ci zapomnieć o tym ani na chwilę. I nagle przejeżdżamy granicę i samochód sam zwalnia, kierowca nawet nie zdąży zareagować a już jedzie co najmniej o 40 km/h wolniej.  Cichną krzyki, zapada spokój, słychać śpiew ptaków.


Tym razem zapraszam jednak na wyspę Lolland. Bardzo blisko, bardzo dogodny dojazd. Z Polski jedziemy przez Niemcy do Falster, prawie cały czas autostradą. Później króciutki przeskok promem do Røbyhavn i jesteśmy na miejscu. Jesteśmy w innym świecie.  Jest tam co prawda również enklawa dla tych co lubią zgiełk i gwar: Lalandia. Wielki kompleks rekreacyjny z basenami, zjeżdżalniami, golfem, kręgielnią, licznymi knajpkami, sklepami i wiele, wiele innych. Owszem, można to odwiedzić jako swego rodzaju ciekawostkę.  Bo Dania to kraj gdzie życie toczy się powoli ale jest świetnie zorganizowane i dzięki temu nie pozostaje w tyle za innymi. Dania to kraj gdzie szanuje się tradycję i wręcz otacza swego rodzaju kultem wszelkiego rodzaju starocie a jednak jest to kraj bardzo nowoczesny. To kraj dla ludzi w nim żyjących. Lalandia jest tego wszystkiego świtnym dowodem. Ja jednak polecam wziąć aparat fotograficzny i włóczyć się, choćby bez specjalnego planu, tu i tam. Na pewno natkniesz się na mnóstwo miejsc godnych uwiecznienia. Pełno starych budynków, owszem bardzo zadbanych, wręcz  dopieszczonych. Aż się prosi by ustawić aparat i uwiecznia te sielskie widoki. Co kawałeczek można przysiąść i podelektować się wyczuwalną na każdym kroku historią przy kuflu tak cenionego w Danii piwa. Jednym z ładniejszych miast jest z pewnością Nakskov. Ale warto pokręcić się po różnych miejscach.


Ale Dania to też wszechobecna woda. Nie raz przysparzała Duńczykom sporych problemów, ale też w dużym stopni sprawiła, że ten kraj jest taki jaki jest. Duńczycy wykorzystują swoje położenie najlepiej jak to tylko możliwe. A przy tym nie zniszczyli środowiska naturalnego. Jest więc mnóstwo uroczych zakątków na licznymi zatoczkami i fiordami. Miejscowi bardzo lubią zabierać z domu kanapki, kawę w termosie i oczywiście piwo i udają się w jedno z takich miejsc, rozkładają jakiś koc i siedzą sobie ciesząc się naturalnym pięknem, które ich otacza. Jest też całe mnóstwo marin. Duńczycy to żeglarze a dla turystów spacerowanie po przystaniach czy niewielkich portach rybackich jest  dodatkową atrakcją. A kiedy już zbliża się zachód słońca nie sposób odmówić sobie  przyjemności zrobienia wielu kolejnych zdjęć.

środa, 5 stycznia 2011

A może pod ziemię?

Lubię słońce, wielkie otwarte przestrzenie, rześki wiatr. Czasami jednak ciekawość gna mnie do czegoś innego, czegoś nieznanego. Dziecięca przekora każe iść w inną stronę niż zwykle. A co tam jest? A co to? A dla czego?
A skoro tak, to będąc z aparatem w słowackich Tatrach, musiałem, po prostu musiałem, odwiedzić również choćby jedną z tamtejszych jaskiń.  Po krótkim namyśle skierowałem się w okolice Liptowskiego Mikulasza do Demianowskiej Doliny. W tamtym rejonie jest co najmniej kilka jaskiń.  Zdecydowałem się Demianowską Jaskinię Wolności.  Wybór okazał się bardzo trafny.  Jaskinia była bajeczna i świetnie przygotowana do zwiedzania. Z resztą, trudno aby było inaczej, wszak udostępniają ją turystom od 1924 roku. Wytyczono dwie trasy: podstawową o długości 1150m, na zwiedzenie, której potrzeba około godziny oraz dłuższą, 2150 m, której przejście zajmuje około dwóch godzin.  Sprzyjająca do zwiedzania jest również temperatura, która waha się w przedziale 6-7oC.


Wrażenia są niezapomniane. Bogactwo kształtów i kolorów. Mógłbym chodzić w kółko przez cały dzień, podziwiać cuda natury i pstrykać setki zdjęć. Jeżeli jednak marzy się o udanych zdjęciach, trzeba szybko poskromić emocje. Już na początku znajdujemy się w ogromnej hali. Owszem światło jest, ale nie ma punktów odniesienia przypominających o wielkości tego pomieszczenia. I to jest pierwsza pułapka. Właściwie naświetlić  takie zdjęcie, bez dodatkowego oświetlenia  nie jest łatwo. Na automatykę nie ma co liczyć.
Na trasie jest sporo bardzo długich i wąskich korytarzy lub wysokich kominów. Celujemy w jakiś oddalony punkt i zapominamy o kawałku skały tuż przed nami. Jeżeli używaliśmy lampy i nie skorygowaliśmy ustawień to mamy klops. Ten punkt, w który celowaliśmy, może i będzie jakoś oddany ale na zdjęciu będzie też wielka biała plama. Albo odwrotnie, skała prze nosem będzie prawidłowo naświetlona, za to głębia będzie czarna. Żadnego pośpiechu, żadnych emocji. Bardzo staranne kadrowanie, bardzo dokładne ustawianie parametrów naświetlania. I uwaga, patrzmy bacznie na detale, ileż w nich piękna.     

wtorek, 4 stycznia 2011

Wyprawa na Rysy

Wybierając się w góry zbieram ze sobą wyjątkowo bogaty ekwipunek fotograficzny. Ponieważ nie nastawiam się na jakiś konkretny rodzaj zdjęć, mam w tobie zapasowe 2-3 obiektywy, pierścienie, lampę błyskową, filtry, jakieś drobiazgi, które może się przydadzą no i oczywiście statyw. Ni inaczej też było kiedy wyruszałem na Rysy.
Kiedy zaczynaliśmy wyprawę było krótko po deszczu. Na niebie jeszcze sporo chmur. Raczej nie było szans na jakieś rozległe panoramy. Kiedy jednak przez chmury zaczęły przebijać się pojedyncze promienie słoneczne, przyszedł mi do głowy pomysł by spróbować pofotografować krople wody na roślinach. Niezła wprawka fotograficzna i trochę gimnastyki.


Jak już zbliżyłem się do ziemi nie mogłem sobie odmówić przyjemności zrobienia kilku zdjęć kwiatów i owadów. Tych ostatnich niestety nie było zbyt wiele. W taką pogodę nie bardzo miały ochotę wystawiać czułki. Ot, raptem kilka zabłąkanych muszek. A i one zniknęły gdy wspięliśmy się nieco wyżej.


Co gorsza, w pewnym momencie zniknęły nie tylko muszki, ale i góry. Dziwne uczucie wiedzieć, że jest się w Tatrach, na wysokości ok. 1600 m npm i nie widzieć gór.


Na szczęście, gdzieś w okolicach  Żabich Stawów Mięguszowieckich znowu coś było widać. No, bez szaleństwa, nie żeby od razu się opalać, ale oznakowanie szlaku było widoczne. W końcu dotarliśmy do Chaty pod Rysami. Kochani, jak ktoś nie był, to nie ma innego wyjścia, tylko musi tam iść. Nikogo nie zmuszam, aby jako wolontariusz wnosił zaopatrzenie schroniska, ale poczuć klimat tego schroniska, poznać ludzi, którzy tam pracują, to naprawdę niezapomniane przeżycie. A co do zaopatrzenia, to jest tam klub szerpów. Niesamowici ludzie, wnoszą te 70-80 kilogramów na specjalnych stelażach. Rekordzista wtaszczył ok. 140 kg. Przeciętny turysta, ciężko duszący przy podchodzeniu do Chaty,  pada na ich widok jak rażony piorunem, a oni sobie idą i idą i idą.



Mimo niezbyt komfortowych warunków dostawy zaopatrzenia w Chacie pod Rysami można się godziwie posilić, można coś łyknąć a przy tym nie zostanie się obdartym ze skóry. Dzięki temu na Rysy wyrusza się w doskonałym nastroju.
Na szczycie pogoda jeszcze odrobinę się poprawiła, było nieco więcej słońca, miejscami nawet prześwitywało błękitne niebo. Było po prostu pięknie. Gdy tak siedzieliśmy sobie z kolegą na najwyższym miejscu naszego piękne kraju i delektowaliśmy się chwilą obok nas, choć nieco niżej, rozsiadło się trzech dżentelmenów. Wyciągnęli bochenek chleba, wielkie noże, jakąś pasztetową i flaszeczkę bliżej nieznanego płynu. Sądząc po kształcie butelki i nalepce wydawało mi się, że to jest coś bardzo słodkiego. W wyobraźni zestawiłem smak pasztetowej i likieru i chyba miałem niewyraźną minę co nie uszło uwadze owych dżentelmenów bo zaczęli się śmiać i coś zachęcająco do nas mówić. Tyle, że już po kilku słowach zorientowaliśmy się, że to nasi bratankowie Węgrzy. No to sobie pogadamy. Ale od czego jest współczesne esperanto, czyli angielski. Nikt z nas biegle tym językiem nie włada, ale wystarczyło aby się porozumieć. Okazało się, że w butelce jest ich domowy wyrób, którym to zostaliśmy poczęstowani. Tak, to rzeczywiście była śliwowica domowego wyrobu! Na koniec życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Swoją drogą to ciekawe. Jednym z większych walorów, czy to żeglowania, czy też chodzenia po górach jest ucieczka od tłumu. Nie zawsze się to udaje, ale takie jest założenie. Tym czasem wiele, jeśli nie większość najsympatyczniejszych wspomnień wiąże się właśnie z ludźmi, z którymi się tam było lub których się tam spotkało.      

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Helgoland - malutka wyspa na Morzu Północnym

Z natury jestem stworzeniem ciepłolubnym. Dla tego jak tylko mogę zmykam na jakieś ciepłe wody, tam jestem u siebie. Ale, nie powiem, jak pojawia się jakaś ciekawa okazja do zwiedzania krain północy, to też nie odmawiam. A jeśli do tego jeszcze ma to być w zacnym towarzystwie, to nie ma o czym gadać, ruszamy.
Ruszyliśmy z Holandii, z Den Helder, na naszym klubowym Gaudeamusie, dla przyjaciół: Gaudek. Kapitan wyznaczył kurs na północny-wschód. Nieźle wiało, ale bez przesady. Płynęliśmy więc sobie spokojnie, nie licząc danin składanych Neptunowi. Nieco emocji pojawiło się, gdy nasz kurs zbliżył się do tzw. „ruty”, czyli szlaku żeglugowego. To, taki dosyć ważny szlak, m.in. do Hamburga, Kanału Kilońskiego itd. Ludzie, jaki tam ruch. Jak na skrzyżowaniu w całkiem dużym mieście. Tyle, że pojazdy nieco większe. Jak się patrzy na taki monstrualny kontenerowiec, który ma na pokładzie kilka pięter kontenerów, to naprawdę trudno uwierzyć, że to pływa. I między takimi potworami mieliśmy się przemknąć aby dotrzeć do zaplanowanego celu, wyspy Helgoland.
Wyspa Helgoland (54o10’N, 007o53’E), a właściwie dwie wyspy,  położone są ok. 40 Mm na północ od wybrzeża niemieckiego. Port jest bardzo przyjazny dla żeglarzy. Mimo, że jesteśmy na wodach pływowych, nie ma  problemu z podejściem i cumowaniem. A i bosman, jak się okazało, też swój chłop. Wyspa jest interesująca, ze względu na położenie, ukształtowanie i swoją historię.
Obecnie jest to ośrodek turystyczny zamieszkały  przez ok. 1500 osób. W powietrzu wręcz czuje się lenistwo. Czas jakoś inaczej płynie. Nie zawsze tak było. Wyspa w minionych czasach przechodziła z rąk do rąk. Także w czasie II wojny światowej była tu niemiecka baza marynarki wojennej. Już na sam koniec wojny, 17.041945 roku Anglicy wysłali na wyspę 1000 bombowców, które zrównały z ziemią wszystko co tam było. Mało tego, jeszcze w 1947 roku próbowali za pomocą ogromnych ładunków wybuchowych „zatopić” wyspę. Na szczęście im się to nie udało. W 1952 wyspę przekazano Niemcom. W historii wyspy, jest też niewielki epizod związany z historią Polski. Tam właśnie zmarł i został pochowany generał Ignacy Prądzyński (1792-1850), uczestnik kampanii napoleońskich i autor projektu budowy Kanału Augustowskiego.
Każdy, kto miał okazję być na Helgolandzie przyzna, że los był dla nas, współczesnych wyjątkowo łaskawy nie pozwalając Anglikom, dokończyć dzieła zagłady. Wokół wyspy wytyczony jest szlak spacerowy. Można podziwiać przepiękny czerwony klif, siedliska głuptaków dosłownie na wyciągnięcie ręki, piaszczyste plaże no i samo miasteczko. Mój Nikon po prostu się rozgrzał do czerwoności, gdyż chciałem uwiecznić wszystko. Miałem pełną świadomość, że przy takiej pogodzie jaka nas zastała, nie da się oddać w pełni wszystkich barw i odcieni, ale też miałem świadomość, że następnego dnia wyruszamy dalej, nie będziemy niestety czekać na poprawę warunków fotograficznych.
Na koniec jeszcze jeden drobiazg. Żeglarzy, nie tylko z Polski, ściągają w równej mierze uroki krajobrazowe Helgolandu jak i to, że jest to … strefa wolnocłowa. Możecie sobie wyobrazić jak zaopatrzony wyruszał w dalszą drogę nasz Gaudek. Nawet udało mi się dowieść nieco pewnego szlachetnego napoju, rodem ze Szkocji, do domu. A wierzcie mi, nie było to łatwe zadanie, bo załoga była naprawdę zacna.

niedziela, 2 stycznia 2011

Ermioni

Wśród wysp i portów Zatoki Sarońskiej są takie, które odwiedzają tłumy ale też są i takie, które odwiedzane są znacznie rzadziej. Na pewno do  przebojów należą Hydra z szaloną plątaniną łańcuchów kotwicznych, wyjątkowo malowniczo położone Poros czy też wyspa Egina ze świątynią Afaii górującą nad okolicą. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że są to miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić.
Są też miejsca mniej znane, gdzie turyści, w tym również żeglarze, docierają w mniejszych ilościach. Do takich miejsc należy miasteczko Ermioni (37o 23’ N, 23o 15’E). Położone na wschodzie Peloponezu, oddalone zaledwie o dwie godziny lotu wodolotem od Aten, liczące sobie zaledwie około 4,5 tyś ludności.

Dla żeglarzy dobre miejsce do cumowania. Jak to w Grecji, często cumuje się na wprost jakiejś fajnej knajpki lub w całkiem niewielkiej odległości. Żeglarze po trudach rejsu nie mogą być narażeni na nadmierny wysiłek wędrowania. Szczególnie godna polecenia jest knajpka w narożniku zatoczki. Usiąść tak sobie pod parasolem, przy samej wodzie, raczyć się greckim winkiem i delektować przysmakami tamtejszej kuchni. A przed nami widok na zatoczkę. Kawałek dalej, w kierunku wyjścia na morze plaża. Kamienista, jak to często w Grecji, ale mimo to bardzo przyjazna. A pod wieczór zaczyna się koncert cykad.

Zatoczka naprawdę jest urocza, warunki do cumowania całkiem niezłe, port osłonięty prawie z każdej strony. No właśnie „prawie”. Do zatoki wpływa się od wschodu. Wejście jest niezbyt szerokie, ale wystarczająco bezpieczne.




Problem pojawia się, gdy zaczyna wiać ze wschodu. Woda wtłaczana silniejszym wiatrem do zatoki tworzy spore zafalowanie. Nie wolno wtedy ustawiać się przy kei skierowanej w zatokę, czyli dokładnie w kierunku wejścia. Stoi się wtedy prosto pod falę. Dziób jachtu podskakuje wysoko w górę. Liny ciężko pracują. Nasz kapitan nie chciał cumować przy kei prostopadłej bo niezbyt sprawnie działała winda kotwiczna,  liczył, że jednak da się wytrzymać, a wiatr zacznie cichnąć. Nic z tych oczekiwań się nie sprawdziło. Kosztowało nas to wyrwanie knagi dziobowej. Chcąc, nie chcąc, odcumowaliśmy by rzucić mimo wszystko kotwicę, na pobliskim kotwicowisku. A wiatr jeszcze się wzmógł. Kotwica jednak dobrze trzymała. Trochę się kręciliśmy, ale to nie przeszkadzało w dobrym śnie. Było zdecydowanie spokojniej niż przy kei.
Mimo drobnych strat, gorąco polecam odwiedzenie Ermioni.         

sobota, 1 stycznia 2011

Plenery fotograficzne - Dolina Roztoki

Dlaczego lubię fotografię? Bo dostarcza wiele przyjemności i to zwielokrotnionej przyjemności. O co chodzi?
Najpierw jest wymyślanie zdjęć i próba uchwycenia tego co wymyśliłem. W czasach fotografii analogowej trzeba było niekiedy czekać ładnych parę dni aby zobaczyć choćby wstępne efekty tego co się wymyśliło. Teraz jest prościej. Dzięki aparatom cyfrowym, szybko można sprawdzić, co też zarejestrowała matryca. Oczywiście, to nie jest jeszcz to, co będzie na papierze, ale już coś tam widać, widać co może zostać, co jednak wymaga photoshopa itd.
Drugi moment dobrej zabawy to właśnie obróbka zdjęcia na komputerze. Czasami ta ingerencja jest minimalna, czasami nieco większa.
Trzeci moment, to chwila gdy po jakimś czasie sięgam do wydrukowanych zdjęć i przypominam sobie chwile gdy składałem się do tego ujęcia.
I przeważnie tak właśnie jest. Ale nie zawsze, oj nie. Jednym z moich ulubionych miejsc do robienia zdjęć jest bajeczna Dolina Roztoki. Jest tam wszystko co potrzebne do skomponowania ciekawej fotografii: dostojne góry, wodospad, górski strumień, mostki,  kręte ścieżki, ciekawa szata roślinna i niezbyt dużo turystów. Byłem tam już wiele razy, przemierzyłem ją w najróżniejszych kierunkach. Mam swoje ulubione miejsca. I wiecie co? Nie mam z Doliny Roztoki ani jednego zdjęcia, z kórego byłbym w miarę zadowolony. Właśnie tam najboleśniej przekonałem się jak prawdziwym jest stwierdzenie, że fotografia to malowanie światłem. Wszyscy wiemy jakie pory dnia są najlepsze do robienia zdjęć krajobrazowych. Wszyscy wiemy jak się do tego światła ustawiać. Niby wszystko wiadomo, a jednak wciąż nie mam tej ulubionej fotografii z Doliny Roztoki. Jeszcze za mało czasu poświęciłem na obserwowanie światła w dolinie. Góry mają swoje prawa. Tam niekiedy słońce znika znacznie szybciej niż by wynikało z kalendarza. Nagle w dolinie robi się szaro, wielki cień kładzie się na całą dolinę i lipa ze zdjęć. Jak to? Jeszcze piętnaście minut temu było tak pięknie.



No cóż, ale nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. Będzie okazja aby ponownie pojechać do Zakopanego, które tak lubię. Będzie okazja wyruszyć w góry, również w Dolinę Roztoki. I wreszcie, będzie okazja by odwiedzić Małą Szwajcarię, mój ulubiony lokal w Zakopanem. Już się cieszę.

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...